Woda i wanilia

Kajaki 1982 - 1989

42 strona

"...mógłbym poszukać, wiem, dla tego śpiewu
dla pieśni o Rzece - Ojcu,
rytmów gorących, jak okrzyk jaskrawych,
by sławić blaski rzeki w słońcu,
zapachy yerby, manioku i kawy,
żarliwą zieleń i glebę.
Ale rytm istniał już i sam się zjawił..."

pieśń Cristaldo Wiktor Ostrowski - Życie Wielkiej Rzeki

Fenomen wody polega na tym, że jest niezmienna i nigdy nie odstępuje od swoich praw. Jako żywioł kieruje się tylko zasadami fizyki, nie usiłuje ich zmieniać i nie postępuje nigdy wbrew. Tak oznacza zawsze tak, nie - nie. Wobec zmiennych praw ludzkich rządzących światem, w którym szczęście i spokój są złudne, woda jest przestrzenią, która zmusza do zgodnego z normami postępowania, albowiem każde odstępstwo jest ukarane natychmiast i płaci się za nie nierzadko najwyższą cenę. Woda nie zna pojęć wartościujących takich jak przyjaźń i wrogość. Dla niej wszyscy są równi. Nigdy nie nagradza, natomiast za każdy popełniony błąd surowo karze. Dzięki obcowaniu z nią można, kierując się przykładem Mamerta Stankiewicza, kultywować w sobie prawość i uczyć się żyć słonecznie, bez grzechu przeciw własnemu pięknu, co w każdym z nas śni, tajemne.

Rok 1982 zapoczątkował nowy okres w życiu Klubu. Eksplodowała turystyka kajakowa. Umożliwiły to zjawisko dwie rzeczy: wolne soboty oraz składaki.

Wolne soboty były wprowadzane przez władze kraju w nieznacznym wymiarze od 1973 roku; w 1981 roku na skutek porozumienia ze strajkujacymi wprowadzono zasadę, że co druga sobota jest wolna. Ta zdobycz "Solidarności" sprawiła, że w kalendarzu pojawiło się sporo następujacych po sobie dni wolnych umożliwiających organizację krótkiego wypadu.

Kajaki składane były na stanie Klubu od kilku lat. Można je było łatwo transportować nawet pojawiającymi się wówczas w posiadaniu członków Klubu samochodami osobowymi, z czego jednak uprzednio niemalże nie korzystano. Używano ich na nielicznych imprezach obcych tudzież na spływach letnich. Pierwszą większą własną krótką wyprawę w oparciu o nie urządzono w czerwcu 1982 roku. Cztery osoby: Jerzy Kleyna, Wojciech Krajewski, Eugeniusz Łapiński i Henryk Rogoziński wyruszyli na Wel, niewielką rzekę płynącą w pobliżu Włocławka, uznawaną na pewnym odcinku za górską. Rodziny płynących oczekiwały na nich w stanicy wodnej w Bachotku. Dotarli tam syci przeżyć. Część z nich dostarczyła uciążliwa rzeka; miejscami odnosili wrażenie, że zwalone do niej drzewa zostały specjalnie w tym celu wycięte i wrzucone. Na bagiennych rozlewiskach przed jeziorem Tylickim spotkali się tete a tete z dzikiem. Martwym dzikiem. Wlazł biedak w wodę, zakleszczył się w jakiejś ukrytej na dnie pułapce i wyrwać nie zdołał. Najbardziej jednak utkwiły im w pamięci kulinarne talenty Jurka Kleyniaka, który sprokurował eintopf w takiej ilości, że trudno go było zmóc. Zwłaszcza Gienek Łapiński miał z tym problemy. Chodził z kocherem naokoło namiotu i strasznie się męczył. Niemniej wyrzucić jedzenia w pokrzywy nie śmiał, aby nie narazić się kucharzowi, który postępy w posilaniu się nadzorował ze srogą miną.

43 strona

Lato 1982 roku było w odróżnieniu od poprzednich słoneczne i upalne, zaś spływ klubowy - bardzo kameralny. W poprzednim roku doszło w gronie uczestników spływu letniego do różnicy zdań na temat sposobu przeprowadzania takiej imprezy. Piotr Sutorowski był zwolennikiem trzymania się ustalonego planu bez względu na pogodę; forsując wypłynięcie w deszczu nie znalazł szerszego poparcia, zwłaszcza, że nic nie stało na przeszkodzie, by opóźnić etap o jeden dzień. Definitywnie zakończyli wówczas pływanie na rodzinne spływy Sutorowscy i Fijałkowscy; zrezygnowali chwilowo Ritterzy. Piotr Sutorowski zajął się odtąd na parę lat prowadzeniem harcerskich obozów kajakowych, zabierając na nie czasem córki. Oprócz tego powrócił do pływania z Wiesławem Drzewieckim; tym razem podczas parodniowych wypadów czynionych od 1981 roku zajęli się poznawaniem dorzecza górnej Noteci. Na Suwalszczyznę w lipcu pojechało zatem trzynaście osób: Eugeniusz Łapiński, Irena Pietruszczak, rodziny Kleynów, Krajewskich oraz Stalisiów.

Dla tych ostatnich był to pierwszy spływ. Poszukiwali dotąd najodpowiedniejszej dla rodziny formy spędzania wakacji, próbowali wczasów i turystyki rowerowej, lecz to wciąż nie było to. Ich dojrzewanie do kajakowania trwało lat bez mała trzydzieści, ale gdy już dojrzeli, w kajak wpadli jak śliwka w kompot. Odtąd trudno było sobie wyobrazić klubową imprezę bez przeraźliwie szczupłego "wuja Mariana" oraz korpulentnej wesołej Ali. Pedantyczny z natury Marian, z zawodu elektryk, członek załogi włocławskiej elektrowni wodnej, do swojego pierwszego spływu przygotował się nadzwyczaj dokładnie. W domu zaplanował zapakowanie bagażu do kajaka i poszył w tym celu specjalne sakwy. Przy pierwszym wypływie w odróżnieniu od radosnego rozgardiaszu panującego przy wciskaniu niemożliwych, zda się, do pomieszczenia tobołów do innych łódek ulokował sprawnie swoje pakunki w sposób, który nie dość, że czynił wnętrze jego kajaka nadzwyczaj przestronnym, to umożliwiał jeszcze zabranie na pokład ośmioletniego syna, Konrada zwanego Radkiem, po czym zajął się kąpielą. Nikt się już nie śmiał z nowicjusza, i owszem, na następny spływ wiele osób sporządziło pod kierunkiem wuja Mariana boczne sakwy.

Na start do Gawrychrudy zawiózł sprzęt spływowiczów Włodzimierz Polewski. Jest to wiadomość o tyle istotna, że transportował będzie go wielokrotnie aż do 1992 roku na różne imprezy. Podczas spływu zapiski z każdego dnia sporządzać zaczął mający już wcześniej inklinacje do stania się pamiętnikarzem Tomaszek Krajewski. Były one dość szczegółowe, o czym przekonano się zaglądając mu przez ramię. Pod datą 19.VII.82 zanotował na przykład, że "Ciocia Wiesia obsrywa lasy". Zdanie to wzbudziło powszechną wesołość, niemniej uznano je za niestosowne i polecono wykreślić, co z bólem wielkim uczynił.

W drugiej połowie sierpnia odbył się reaktywowany Zlot Wodniaków. Przeprowadzono go na Zalewie na trasie z Duninowa do Włocławka. Płynących kajakami asekurowały dwie łodzie motorowe, m.in. "Janina" Romana Kamińskiego. Pierwszego dnia na trasie do Kózek wiał silny przeciwny wiatr o sile 4 - 5 stopni w skali Beauforta, który spowodował, że niektóre załogi z powodu utraty sił do końca nie dopłynęły. Jedna z nich została w Dobrzyniu. Następnego dnia na płynięcie zdecydowało się tylko ośmiu kajakarzy. Zalew kolejny raz pokazał pazury. Niemniej włocławscy wodniacy się jeszcze nie zrazili.

We wrześniu Koło PTTK przy Azotach zorganizowało spływ górskim odcinkiem Raduni. O poprowadzenie tej imprezy zwrócono się do Stanisława Karpińskiego, członka WKW, który uprawnienia przodownickie posiadał od 1973 roku; otrzymał je wówczas wraz z Markiem Buśko. Radunia była ujmowana w planach już od kilku lat. W 1980 roku zamiar był o krok od realizacji, lecz z powodu wydarzeń sierpniowych spływ międzynarodowy, na który zamierzano pojechać, nie odbył się. Tym razem się powiodło. Wyjeżdżano dotąd wspólnie z Azotami na Dunajec; Radunia zapoczątkowała wspólne organizowanie innych wyjazdów.

44 strona

Oprócz wymienionych w sezonie 1982 odbyły się również inne imprezy. Zwiedzona została po raz pierwszy za sprawą Henryka Rogozińskiego wąska i uciążliwa Skrwa Lewobrzeżna, a w maju odbyły się regaty kajakowe na Wiśle, w których wzięło udział 18 osób. Rywalizację trzech drużyn wygrało Liceum Marii Konopnickiej. Piotr Sutorowski wziął udział w Zlocie Przodowników Turystyki Kajakowej w Samociążku. Członkowie WKW w sumie siedem razy wyruszyli na szlak poza Włocławek, w porównaniu do trzech razy w 1981 roku i jednego w 1980. Kajakarstwo się zatem ożywiło.

Przed następnym sezonem Marian Staliś, który zaczął niepostrzeżenie odgrywać znaczącą rolę w życiu Klubu, zgłosił dwa postulaty: aby nie powtarzać szlaków oraz aby podczas spływu letniego każdorazowo uzyskać co najmniej 200 punktów na TOK, czyli przykładowo tak je zaplanować, aby ich trasa liczyła przynajmniej 100 km po wodzie stojącej lub 200 km z prądem. Zaczęto je podczas organizacji kolejnych imprez brać pod uwagę, aczkolwiek aplauz nie był powszechny. Niekażdy był zainteresowany wyrabianiem normy na odznaki.

Ukształtował się pewien roczny schemat wypraw klubowych. Zaczynał je spływ zimowy na Brdzie, na który po długiej przerwie zaczęto jeździć w 1984 roku. Marianowi Stalisiowi impreza ta tak się spodobała, że napisał o niej piosenkę. Był już w tym czasie czołowym pieśniarzem spływowym, nie stroniącym od piosenek kabaretowych z tzw. "drugiego obiegu". Akompaniował sobie początkowo na harmonijce, a gdy nie zdało to egzaminu - na gitarze. Specjalnie w tym celu nauczył się na niej grać.

Na początku maja odbywało się otwarcie sezonu przy kawie i ciasteczkach. Uroczystego wciągnięcia flagi na maszt dokonywał najmłodszy z obecnych, jeśli tylko był wystarczająco rozgarnięty i potrafił zrozumieć, o co chodzi. Z inicjatywy Piotra Sutorowskiego od 1983 roku wręczano zdobyte w poprzednim roku odznaki TOK, a także inne okolicznościowe, np. w 1982 roku wręczono legitymacje Służby Ochrony Szlaku, a w 1985 Wiesławie Kleyna wręczono odznakę "25 lat w PTTK".

W połowie maja odbywał się drugi z kolei wyjazd. Zaczęło się od górnego Welu w 1983 roku; później nastąpiły jezioro Gopło i Bóbr. Każdy z tych wyjazdów zaznaczył się w pamięci jakimś wydarzeniem.

Na Welu jedna z załóg wysforowała się do przodu i minęła miejsce, na którym miał być założony obóz. Dwaj panowie ubrani byli tylko w kąpielówki, gdyż dzień był upalny, a bagaże woził towarzyszący autobus. Gdy zastała ich noc, postanowili przeczekać ją w pobliskiej chałupie. Trafili akurat na wesele. Gospodyni odziała ich i obuła, po czym jako specjalni goście wzięli udział w zabawie. Następnego dnia dołączyli do reszty ekipy na przesmyku między jeziorami, raczej zadowoleni ze skutków własnego gapiostwa.

Na Gople atrakcji dostarczyło Ludowe Wojsko Polskie, a ściślej wchodzący w skład jego floty powietrznej samolot MIG. Kierujący nim pilot widząc płynących środkiem akwenu kajakarzy wpadł na bardzo zabawny pomysł nastraszenia ich. Kilkukrotnie nadlatywał nad kajaki i starał się przelecieć najniżej, jak tylko możliwe. Huk był olbrzymi. Najsilniej przeżyły go psy, które nie są przystosowane przez naturę do zatykania sobie uszu. Dopiero ucieczka pod brzeg, na którym stały domostwa z szybami w oknach łatwo pękającymi od wibracji zakończyła wygłupy pana pilota.

Bóbr pozostał w pamięci jako bardzo wesoła wyprawa. Andrzej Wojnarowski miał wielką filcową czapę, mieszczącą bardzo zgrabnie butelkę z rozgrzewającym płynem. Ponieważ dni były chłodne nadzwyczaj i nieprzyjemne, bardzo się ta czapka zasłużyła. Płyn również. Dzięki jego wyzwalającej fantazję mocy odbyły się jedyne w swoim rodzaju wyścigi pań - na czworakach pomiędzy tropikiem i namiotem. Na wodzie członkowie Klubu byli świadkami największej kraksy kajakowej w swoim życiu. Na bystrze pod mostem za Lwówkiem Śląskim napłynęła beztrosko i nieroztropnie znaczna grupa łodzi. W wąskie gardło między filarami udało się trafić jedynie kilku spośród nich; resztę woda skotłowała na głazach. Jeden z zaklinowanych kajaków żołnierze zabezpieczający spływ musieli wyciągać linami. Współpraca organizatorów z wojskiem doczekała się wzmianki w piosence - śpiewanej kronice klubowej, napisanej rzecz jasna przez wuja Mariana. Żołnierze mianowicie zapewniali między innymi posiłki, od których białe były potem brzegi rzeki. "Ryżyk i kaszkę tam dostaliśmy, lecz jednak jej nie jedliśmy" - śpiewał będzie klubowy bard.

45 strona

Następnym punktem programu był spływ w okresie Bożego Ciała. Zwiedzono najpierw podczas dwóch spływów Pojezierze Brodnickie, a później Piławę. Jezioro Pawłówko jako niezwykle płytkie i bagniste dało się we znaki nogom spływowiczów, którzy w celu przemieszczania się po nim siedzieli na rufach i przebierali nimi w mule. Nad jeziorem Strażym nieomal doszło do nocowania bez cieplejszych ubrań i śpiworów przy ogniu w wiacie na polu namiotowym. Wożący brzegiem ciuchy kierowca pomylił jeziora i oczekiwał na spływowiczów nad sąsiednim Zbicznem. Odszukano go dopiero koło północy; do tego czasu zgromadzono tyle drewna na opał, że wystarczyłoby go aż do rana. Dała się też zapamiętać nie za duża rzeczka Skarlanka. Wuja Marian tak śpiewał o niej: "się okazało, nie puścisz wianka. Przy młynie wody do kostek prawie, więc nosiliśmy po trawie".

Od 1986 roku na kilka lat włocławska ekipa powróciła na Dunajec. Tym razem wszyscy postępowali zgodnie z wyznawaną przez wuja Mariana zasadą langsam, langsam i WKW liczącego się miejsca w rankingu nie zdobył. Podziwiano krajobrazy najpiękniejszej rzeki w Polsce, wywracano się, łamano żebra kajaków i nie tylko. Alicja Staliś złamała na swoim pierwszym Dunajcu nogę i to zanim wsiadła do kajaka. Chodziła obolała podpierając się na kiju i demonstrując ciekawskim, których w namiotowym miasteczku było niemało, obutą w gips stopę, zaś na płynięcie przyszło jej rok poczekać. Czyniono wycieczki w góry, niekiedy w sposób nie zamierzony. Maciej Kleyna i Wojciech Krajewski poszli na przykład do sklepu, zrobili konieczne zakupy i postanowili przespacerować się nad rzeką. Dobrze im się ze sobą gawędziło, skoro dzierżąc dzielnie pełne dobra wszelakiego torby wylądowali na Sokolicy. Maciek w kaloszach. Ze szczytu również pięknie widać Dunajec, tyle, że mieni się on hen, w dole, za wyeksploatowaną przez fotografów zwichrowaną sosną. Podczas jednego z tych spływów Hanna Ritter przykazała swojej córce Marcie, aby meldowała, gdy przed dziobem pojawi się jakaś przeszkoda, na przykład kamień. "Mama, uważaj! - powiedziała zaaferowana Marta bezpośrednio po wypłynięciu z Nowego Targu - Ogólnie kamienie!"

"Żelaznym" punktem programu pozostały spływy letnie. Na nich najbardziej były widoczne problemy aprowizacyjne. W żywność reglamentowaną za pomocą kartek można było zaopatrzyć się przed wyjazdem, lecz podstawowe produkty, takie jak chleb, kupowano na trasie. O tym, że nie było to proste, świadczą wyprawy czynione w celu jego pozyskania. Najbardziej spektakularną jest wyprawa do Węgorzewa. We wsiach położonych w pobliżu szlaku nie było produktów mącznych w ogóle, pojechano więc do miasta. Tam, po trzygodzinnym oczekiwaniu w kolejce doczekano się transportu z piekarni. Okazało się jednak, że sprzedawczyni sprzedaje tylko po jednym bochenku. Włocławianie potrzebowali pieczywa na kilka dni, wzięli się więc na sposób i przebierali po wyjściu ze sklepu w cudze ubrania, zdejmowali okulary, zakładali okulary, po czym wracali do kolejki i dzięki tym zabiegom pożądaną ilość chleba kupili.

Wizyta w Węgorzewie miała miejsce podczas spływu na Sapinie. Obchodził na nim siedemdziesiąte urodziny Eugeniusz Łapiński. Spływowicze wręczyli mu z tej okazji stylizowany w staropolskim języku dokument gratulacyjny oraz masywny ceramiczny kufel, kupiony podczas specjalnie w tym celu przedsięwziętego wyjazdu do Torunia. Jubilat napełnił niezwłocznie naczynie szampanem i zapoczątkował trwające cały dzień uroczystości. Był to jego ostatni spływ. W październiku tego samego roku po raz ostateczny przeprawił się na drugi brzeg.

Latem 1984 roku wyprawiono się drugi raz w historii rodzinnych spływów na Drawę. W porównaniu z poprzednim wszyscy płynęli kajakami, uczestników było więcej i przeszkód jakby też. Na jednym ze zwalonych drzew przed jeziorem Lubie wydarzyła się najgroźniejsza ze wszystkich wywrotek na klubowych spływach. Dwuletnia Justyna Rogozińska wypadła z kajaka i została przez nurt wciągnięta pod pień. Jedynie zdecydowaniu wuja Mariana, który sam nie pamięta, w jaki sposób przeskoczył nad drzewem i wyłowił dziewczynkę poniżej przeszkody, zawdzięczać należy, że skończyło się jedynie na opiciu wodą i płaczu.

46 strona

Na drawskim poligonie miało miejsce niemiłe zetknięcie z rzeczywistością PRL-u. Nastąpiło ono nad jeziorem Dębno, gdzie spływowicze dotarli po trzydniowym przymusowym biwaku w deszczu. Drawa była jednym z tych niewielu spływów, gdy przydał się uszyty z płótna namiotowego rozstawiany na wysokich masztach parasol. Doskonale się sprawdził jako suszarnia, gdy palono pod nim permanentnie ognisko. Wracając do Dębna: o świcie wodniacki obóz nawiedził leśnik Zaręba, oznajmił, że na terenie wojskowym przebywać nie wolno i rozkazał się wynosić, lecz nie wodą. Nie posiadał daru przekonywania. Odjechał i po chwili wrócił wraz z dysponującym argumentem siły dowódcą poligonu. W obliczu czegoś tak przekonywującego jak rysująca się w perspektywie "pomoc plutonu żołnierzy" opór włocławiaków zmiękł, grzecznie przepłynęli do pobliskiej szosy, "złapali stopa" i wraz ze swoimi kajakami opuścili teren poligonu, trochę tylko pod nosem złorzecząc.

Drawa była ostatnim na czas pewien spływem rodzinnym na trudnym i uciążliwym akwenie; następne odbyły się na Krutyni, Brdzie, Wdzie i Łaźnej Strudze, i pozostawiły same przyjemne wspomnienia, jeśli nie liczyć fatalnej pogody na Wdzie. Jerzy Kleyna zabrał na nią termometr i nie było to najlepiej na samopoczucie wpływające posunięcie. Przez bite dwa tygodnie było wiadomo, jak bardzo jest zimno. Przydała się przerobiona z tropiku namiotowego świetlica, która zastąpiła wysłużony parasol.

Wda była ostatnim spływem Ireny Pietruszczak, która zrezygnowała z pływania. Ze starej gwardii kajakarzy uczestniczących w letnich spływach od pierwszego w 1964 roku pozostali tylko Kleynowie. Wda była zarazem pierwszym spływem Włodzimierza i Aleksandry Kotwasińskich, bliźniaków, acz całkiem do siebie fizycznie niepodobnych. Z przyczyny owego braku podobieństwa posądzano ich pierwotnie o to, że są małżeństwem. Mieli po dwadzieścia sześć lat i oboje byli nauczycielami.

Po spływie rodzinnym niejednokrotnie organizowano jeszcze inne wyjazdy, na przykład na Pochylnie czy na Drwęcę, którą pokonywano na raty. W 1987 roku przepłynięto w ramach imprezy zorganizowanej we współpracy z Kołem PTTK przy Azotach i innymi klubami zajmującymi się wodniactwem we Włocławku Wełnę, uznawaną za górską. Uczestnicy spływu owej górskości nie dostrzegli. Rok później małżonkowie Staliś jako pierwsi włocławscy wodniacy wybrali się na spływ poza granice Polski. Wody Szprewaldu, na których się odbywał, nie zachwyciły ich.

Zakończenie zorganizowanego sezonu kajakowego stanowiły z reguły Zloty Wodniaków, urządzane w końcu sierpnia lub we wrześniu na Wiśle, w 1983 roku na jej dolnym odcinku do Torunia. Podczas rozgrywanego wówczas wyścigu część załóg została odcięta przez most pontonowy budowany w ramach ćwiczeń przez żołnierzy. Nastrojowe były biwaki pod ruinami zamków w Bobrownikach i Złotorii, po których nocą krążono z pochodniami.

W 1984 roku Zlot odbył się na Zalewie. Zorganizowano go pod hasłem 40 lat PRL. Rocznice były wiecznie żywe, choć często powoływano się na nie sztuka dla sztuki całkiem bezsensownie, np. III MSK Pochylnie '86 odbywał się z okazji 41 lat PRL. Stasiu Karpiński zaprojektował pamiątkową plakietkę przedstawiającą faceta z wiosłem, którego zblazowana mina i parodniowy zarost przywodziły na myśl pijaka raczej niż aktywistę-wodniaka. W latach pięćdziesiątych z pewnością uznano by autora za element wywrotowy. Zalew okazał się spokojny, a spływ łatwy i przyjemny. Była to usypiająca pozorna łagodność tygrysa. Podczas XIV Zlotu Wodniaków z powodu sztormowej pogody nie udało się wyściubić nosa na wodę. Wodniacy włocławscy popatrzeli dwa dni na olbrzymie fale, poobserwowali, jak holownik płynąc chowa się między ich grzbietami i wrócili do domu. Alicja Staliś skonstatowała, że zorganizować tak bezsensowny wyjazd mógł tylko WKW "Śruba". Bardzo się to określenie wszystkim spodobało.

47 strona

Postanowiono uznać XIV Zlot Wodniaków za ostatni. Niemniej trzeba było czymś atrakcyjnym go zastąpić. Potrzebne było zwłaszcza propagowanie turystyki kajakowej wśród młodzieży, z którą kontakty Klubu były nader nikłe. Wojciech Krajewski przypomniał sobie o "szalonej" Zgłowiączce. Przy właściwym zorganizowaniu spływ nią mógłby z powodzeniem zastąpić Zloty, jak również przysłużyć się sprawie pozyskania młodych członków.

Zgodnie z tym pomysłem w połowie maja 1986 roku zorganizowano pierwszy Regionalny Spływ Kajakowy rzeką Zgłowiączką. Przedtem w kwietniu czteroosobowa ekipa przepłynęła ją dokonując przecinki zawalających ją kłód. Akurat w tym czasie w czarnobylskiej elektrowni atomowej nastąpiła awaria, która później otrzymała miano katastrofy. Radioaktywny obłok przesunął się nad Polską. Władze PRL poinformowały o tym ludność kraju dopiero po kilku dniach. "Nie było mi do śmiechu, gdy się o tym dowiedziałem" - wspominał Marian Staliś..

Impreza prowadzona przez Wojciecha Krajewskiego była bardzo udana i pełna przygód. Wyścig kajakowy na jeziorze Głuszyńskim wygrała załoga WKW Janusz Gajewski - Piotr Ściegienny. Była to silna osada; wygrywali również wyścigi na następnych dwóch spływach. Na 22 kajaki było 11 wywrotek, niemniej żadna nie była groźna. Aż cztery przydarzyły się w jednym miejscu za Nowym Młynem, na tzw. trzech drzewach, które na silnym nurcie sterczały z rzeki zostawiając wolne przejście szerokości kajaka. Wywrócili się między innymi ratownicy, którzy z założenia nie siebie mieli ratować. W Brześciu Kujawskim na moście przywitała uczestników orkiestra strażacka. Strażacy wystąpili z inicjatywy władz miejskich i nie myśleli, że będzie to tak ciężki kawałek chleba. Spływowicze dopływali do mostu przez ponad godzinę, a orkiestra wciąż grała i grała. Jedną z instytucji dotujących spływ był Komitet Antyalkoholowy. Z tej okazji urządzony został konkurs na stosownej treści hasło. Wygrał dystych: "Nie pij piwa na szlaku, bo zaśniesz w kajaku". Innego rodzaju konkursem były wybory najmilszej żaby spływu, która stanowiłaby ucieleśnienie wizytówki imprezy, dryfującej na liściu żabki, zaprojektowanej przez Barbarę Krajewską. Zakończenie spływu odbyło się w parku włocławskim podczas trwania Kiermaszu Kujawskiego. Był to istotny zabieg propagandowy, adresowany zwłaszcza do dotujących imprezę władz Włocławka. Spacerujący po alejkach ludzie obserwowali dobijających wodniaków z wyższością. Każdy włocławiak wie przecież dobrze, że płynąć Zgłowiączką mogą tylko osoby nie mające równo pod sufitem. To przecież zwykły ściek. Żaden włocławiak nie zna Zgłowiączki powyżej miasta, gdy urokliwie ciecze w lamówce olch, ujęta w strome, urwiste brzegi.

Po pierwszym spływie Zgłowiączką przyszły kolejne. Od drugiego biwaki wyznaczono przy urokliwych drewnianych mostkach w Kazaniu i Mazurach. Kazanie zastąpiło nieciekawe miejsce w Lubrańcu. W trzecim uczestniczyło 80 osób. Udział w spływie wzięły pierwsze osoby spoza regionu: z Płocka i Sopotu. Zgłowiączka miała zatem przyszłość, ale organizatorom zaczynała się zwolna nudzić.

Oprócz spływów organizowane były także imprezy o charakterze sportowym. W 1983 roku trzykrotnie wspólnie z działem socjalnym Azotów urządzono na Wiśle kajakowe regaty: 29 maja, 25 września i 2 października. Rozegrane zostały następujące konkurencje: przeciąganie liny, wyścig na czas dwójek mężczyzn, slalom dwójek mieszanych, jedynek mężczyzn i jedynek pań. Wzięło w nich udział w sumie ponad 50 osób. Regaty kajakowe zorganizowane zostały w ramach XXIII Zlotu Turystów na Kujawach w 1985 roku. Henryk Rogoziński wraz z żoną uczestniczył także w wyścigach innych organizatorów, m. in. w IV Maratonie Kajakowym w Zegrzu, zaś podczas "Babiego Lata" na Międzyodrzu wygrał zawody o puchar komandora spływu. Było to wydarzenie o tyle zabawne, że jego partnerka nie wiosłowała, zajmowała się opalaniem, a konkurencję stanowiły w większości męskie załogi.

48 strona

Członkowie WKW brali aktywny udział w pracach organizacji zajmujących się kajakarstwem w skali kraju. Uczestniczyli w seminariach instruktorów PZK (w 1983 r.) oraz zlotach przodowników turystyki kajakowej PTTK (w l. 1983 i 1987). Wojciech Krajewski w latach 1986 - 1988 uczestniczył w naradach Komisji Turystyki Kajakowej ZG PTTK. Przewodniczył też Wojewódzkiej Komisji Turystyki Kajakowej, utworzonej we Włocławku w 1985 roku. W jej skład wchodzili w przeważającej części członkowie WKW. W 1985 roku zorganizowała ona kurs przodowników turystyki kajakowej, podczas którego uprawnienia otrzymali Lech Wojciech Krajewski, Barbara Krajewska, Marian Staliś, Alicja Staliś oraz Maciej Kleyna.

W 1989 roku WKTKaj sporządziła pismo aprobujące konieczność zmian w regulaminie TOK. Swoje stanowiska w tej sprawie przedstawili Marian Staliś i Piotr Sutorowski. Pierwszy prezentował pogląd, że regulamin powinien ułatwiać zdobywanie wyższych stopni odznaki poprzez na przykład rezygnację z wymogu przebycia obowiązkowych szlaków górskich. Drugi był za "podwyższeniem poprzeczki" poprzez ustanowienie conditio sine qua non przebycia szlaków trudnych dla zdobycia odznak od Złotej wzwyż, przy czym najwyższą TOK Dużą Złotą z Trzema Brylantami mógłby otrzymać tylko posiadacz Złotej GOK. Istniejący dotąd katalog rzek górskich winien być zweryfikowany, gdyż znajdowały się w nim szlaki nazbyt łatwe. Piotr dołączył także zgrabny projekt odznaki. Elaboraty obydwu panów bardzo ładnie, choć pośrednio ich charakteryzują.

W latach osiemdziesiątych zmalał udział Wisły jako akwenu, na którym rozgrywała się działalność Klubu. Ilość wypływów kajakowych drastycznie spadła, zanikła tradycja sobotnio-niedzielnych biwaków na kępie. Wuja Marian w swojej śpiewanej kronice kładł to na karb pogarszającej się czystości wody.

"Dawniej Wisełka była czyściejsza,
więc na niej można było popływać,
kąpać się również i poflirtować,
nawet na kępie pourzędować"
- śpiewał. Sytuacja była trochę bardziej złożona. Po pierwsze łatwiej było zorganizować wyjazd poza teren miasta, w czym miały swój udział postępująca motoryzacja kraju, wprowadzenie wolnych sobót oraz niekłopotliwe w transporcie składaki. Ważką przyczyną był też fakt, że u ujścia Zgłowiączki zaczęto prowadzić prace mające na celu jego regulację. Wskutek wypłukiwania dna Wisły poniżej włocławskiej zapory zaczęło się ono obniżać w średnim tempie 10 cm rocznie. Zjawisko to pociągnęło za sobą zwiększanie się spadku Zgłowiączki na ostatnich kilkuset metrach i podmywanie brzegu, na którym posadowiony był pałac biskupi. Trwale zapobiec temu mogło jedynie zbudowanie zamierzonego stopnia wodnego w Ciechocinku, zablokowane wskutek braku funduszy. Sięgnięto zatem do tymczasowego środka i usypano z bloków betonowych próg u ujścia Zgłowiączki, ustalając w ten sposób jej poziom. Wkrótce rzeka zamieniła go w rumowisko, niemniej już w 1982 roku przy niskiej wodzie trudno było na Wisłę wypłynąć. Pomimo to w 1983 roku Zarząd WKW podjął decyzję o zbudowaniu nad Zgłowiączką nowego pomostu. Użytkowano go krótko. W 1986 roku władze miejskie rozpoczęły zakrojone na szeroką skalę prace regulacyjne, powiązane z poszerzaniem istniejących bulwarów nadwiślańskich, w trakcie których ujście umocniono palisadą pali Larsena, nad którą wylany został betonowy kołnierz. Ściankę szczelną lewego brzegu Zgłowiączki zakotwiono na terenie Klubu. W korycie rzeki wykonano skośny betonowy próg, który uniemożliwił wypływanie na Wisłę łodzi WKW, a także sąsiedniego klubu wioślarskiego. Odtąd trzeba było nosić nad Wisłę kajaki kilkaset metrów. Liczba wypływów spadła natychmiast z kilkuset do kilkudziesięciu rocznie. W trakcie prac zniszczony został również płot od strony rzeki.

49 strona

Z ostatnich lat świetności przystani zachowała się księga wypływów. Dowiadujemy się z niej, że pierwszy wyjazd na Wisłę miał miejsce 13 maja, a ostatni 15 października. W latach dziewięćdziesiątych zaprzestano jej prowadzenia. Nie była już potrzebna.

Nieuwzględniająca potrzeb wodniackich regulacja ujściowego odcinka Zgłowiączki spowodowała upadek sekcji żeglarskiej WKW. W zaistniałej sytuacji niełatwo było przetransportować na wodę większe łodzie; najlepiej należało użyć dźwigu. Pomyśleć, że w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych sekcja ta rozwijała się pomyślnie. Między innymi w 1982 r. zorganizowała rejs do Warszawy i z powrotem (Kazimierz Dwórznik na "Karysie" wraz z innymi łódkami) i rejs z Kazimierza Dolnego do Włocławka (Zygmunt Rączkowski). W 1983 r. Kazimierz Dwórznik wziął udział w I Regatach Samotników na Zalewie. W 1984 r. urządzono rejs do Wyszogrodu i z powrotem, załoga WKW wystartowała również w regatach organizowanych przez Yachtklub Azoty i zajęła trzecie miejsce. W 1985 r. w regatach "O srebrny splot" załoga WKW Czesław Dwórznik i Maciej Kamiński zwyciężyła. Uczestniczono też w prestiżowych w skali ogólnopolskiej regatach "O błękitną wstęgę Zalewu" oraz w regatach "O puchar wrzosu". We wrześniu tego roku odbyły się tygodniowy rejs do Wyszogrodu oraz 6 dwudniowych rejsów na Płock i Nieszawę, nie licząc 40 rejsów jednodniowych. Żeglarze brali także udział w realizacji telewizyjnego programu "Z biegiem Wisły". W 1986 trzy łodzie uczestniczyły w Regatach Samotników, popłynięto też do Pułtuska. Członkowie Klubu udzielali się w pracach Okręgowego Związku Żeglarskiego. W 1983 roku WKW otrzymał od niego deskę widsurfingową z żaglem. Trzy lata później Jarosław Marciniak wziął na niej udział w Ogólnopolskim Maratonie Windsurfingowym. Wymienione imprezy najlepiej świadczą o żywotności klubowego żeglarstwa. Od 1986 roku będzie ono zamierało. Na terenie przystani nie zostanie rozpoczęta budowa nowej łodzi, stare będą kończone i wywożone, a wraz z tym momentem ich właściciele utracą kontakt z Klubem. Zmniejszać będzie się w tej sytuacji liczba członków Klubu, których w końcu 1989 roku będzie tylko 38.

Żeglowanie odbywało się na jachtach własnych oraz na klubowych. Według wykazu z lutego 1982 roku w posiadaniu członków Klubu były 4 jachty żaglowe o nazwach "Karys", "Mewa", "Dal" i "Kubuś" oraz 4 jednostki motorowe: "Janina", "Danusia", "Alga" i "Magda". Klub posiadał też Omegę i 4 Maki. Nowozakupiona Omega nie została ujęta w tej liczbie. Została przystosowana do pływania dopiero w 1983 roku, gdy zakupiona została ostatnia niezbędna rzecz - dakronowe żagle. Zimą tego samego roku zakończyła swą służbę stara, drewniana. Padła ofiarą pokutującego w społeczeństwie przeświadczenia, że jeśli coś jest klubowe, to znaczy, że jest społeczne, a jeśli jest społeczne, to znaczy, że jest niczyje. Po sezonie użytkownik łodzi Marek Kasprzak nie odstawił jej na przystań. Twierdził, że zabezpieczył ją na zimę. W maju 1984 roku okazało się to nieprawdą. Zgłosili się do Zarządu Klubu dwaj mieszkańcy Nowego Duninowa Jan Szymkowiak i Konrad Włodarczyk, którzy wydobyli z dna tamtejszego portu jachtowego jej kadłub. Zimą wmarzł w lód, ruchy kry zmiażdżyły burtę i po odtajaniu zatonął. Nadawał się tylko do likwidacji. Przekazano go po jej dokonaniu osobom, u których się znajdował. Winowajcę z szeregów Klubu wykluczono.

W lipcu 1985 roku na Wiśle wydarzył się wypadek - wywrócił się klubowy Mak. Utopił się żagiel, lecz załodze łódki nic się nie stało. Wywrotkowiczów ratowali Henryk Napiwocki i Piotr Rosiak, za co Zarząd Klubu uhonorował ich dyplomami uznania.

Rozbudowywana była baza sprzętowa. W miejsce likwidowanych i niszczonych lub sprzedawanych kajaków sklejkowych zakupowane były kajaki z laminatu: w 1982 roku - 5 dwójek, w 1986 - 2 dwójki, a w 1989 roku 3 jedynki oraz od osób prywatnych dwa kajaki składane: w 1983 i 1984 roku. Kupiono także kapoki, wiosła i części do składaków w 1985 roku w zakładzie w Niewiadowie, który zaprzestawał ich produkcji. W 1988 roku kupiono brezent do wymiany pokładów w składakach. W 1986 roku nabyta została przyczepa do przewozu łodzi. Zakup ten był chybiony, gdyż nigdy nie została ona użyta.

50 strona

W końcu 1986 roku stan posiadania Klubu przedstawiał się następująco: 4 kajaki sklejkowe, 9 składanych, 10 "plastików", 4 Maki, 1 Omega, 46 wioseł, 1 deska windsurfingowa, 1 przyczepa. Oprócz powyższych w hangarze przechowywane były jednostki należące do innych osób.

Prace na przystani koncentrowały się na utrzymywaniu jej w stanie istniejącym. Obowiązywała zasada, że każdy członek powinien odpracować na rzecz Klubu 10, a od 1983 roku 8 godzin. Marian Staliś, który po śmierci Eugeniusza Łapińskiego zastąpił go na stanowisku gospodarza, egzekwował ten obowiązek bardzo surowo, wskutek czego ilość odpracowanych godzin była znaczna i wynosiła np. 330 w 1985 roku. Z ważniejszych prac wymieniono w hangarze instalację elektryczną i zbudowano nowy pomost nad Zgłowiączką (w 1983 r.), wyremontowano kantorek przystaniowego i sąsiadujący z nim magazynek, zamontowując w nim nowe regały (w 1984 r.) i utwardzono drogę (w 1985 r.).

Opiekę nad przystanią sprawował starzejący się Franciszek Marciniak. Sadził kwiaty w ogródku przy hangarze i pielęgnował żywopłot, ale także hodował za akceptacją Zarządu - "w trudnym okresie gospodarczym..." - na przystani drób, a w jego izbie panował wieczny nieporządek. Z zamiarem jego zwolnienia noszono się już w 1983 roku, lecz zdawano sobie sprawę, że nie będzie łatwo znaleźć kogoś na jego miejsce. Tymczasem zmniejszeniu ulegała ilość wypływów na Wisłę. Zimą na teren przyległy do ogrodzenia przystani służby oczyszczania miasta wywoziły śnieg, a wraz z nim różne nieczystości. Uprzątnięcie ich kosztowało członków Klubu wiele pracy. Nie uporządkowano wskutek tego bałaganu przy hangarze i 15 października 1987 roku Oddział Kujawski PTTK został za to ukarany mandatem. Był to ostatni rok pracy przystaniowego na przystani. Odtąd będzie ona funkcjonowała dzięki dyżurom członków Zarządu, pełnionym trzy razy w tygodniu od maja do września. Ilość wypływów na Wisłę spadnie jeszcze bardziej.

10 czerwca 1986 roku urzeczywistniło się marzenie twórców PTTK-owskiej przystani nad Wisłą. Na podstawie umowy sprzedaży zawartej z Januszem Ciechanowskim nieruchomość z hangarem stała się własnością Oddziału. Można było myśleć o jej trwałym zagospodarowaniu. W 1987 roku Zarząd Oddziału podjął uchwałę o budowie stanicy wodnej i zlecił opracowanie koncepcji architektoniczno - programowej architektowi Zbigniewowi Kaweckiemu. Mieścić się w niej miały hangary na sprzęt pływający, a także pokoje biurowe dla Zarządu Oddziału PTTK, sala narad, pokoje gościnne i pomieszczenie dla przewodników PTTK. W tym czasie Oddział pozbawiony był swojej siedziby, bowiem arbitralną decyzją władz wyrzucono go z będącego jego własnością budynku, który w całości przejęło muzeum, eksponujące między innymi pamiątki po "wielkim synu robotniczego Wlocławka" Julianie Marchlewskim. Do użytku PTTK przekazano niewielki budynek dawnej stacji kolejki wąskotorowej przy ulicy Dubois. Nie zaspokajał on potrzeb, toteż przeniesienie się do większego budynku leżało w żywotnym interesie Oddziału.

Koncepcja opracowana została z rozmachem. Jej forma architektoniczna korespondowała ze zwieńczonym podobną co na projektowanej stanicy wieżyczką pałacykiem fundatora sąsiedniego klubu wioślarskiego Bojańczyka, znajdującym się około kilometra w górę Zgłowiączki. Makietę obiektu sporządził zajmujący się modelarstwem członek Oddziału Józef Stokwisz. Jej fotografie wraz z planami przedstawione zostały władzom miejskim, wojewódzkim i Zarządowi Głównemu PTTK w Warszawie. Władze te zaaprobowały konieczność podjęcia budowy stanicy, lecz poinformowały, że nie posiadają potrzebnych środków. Akcja budowlana spaliła zatem na panewce, zwłaszcza, że w 1990 roku Oddział "wrócił na stare śmieci" do gmachu przy ul. Słowackiego.

Zarząd, na którego czele stał Lech Wojciech Krajewski, w latach osiemdziesiątych dokonał unormowania spraw organizacyjno-prawnych związanych z członkostwem w Klubie. W 1983 roku opracowany został regulamin praw i obowiązków członka WKW, zatwierdzony na walnym zgromadzeniu członków Klubu w grudniu tego roku, a także zakresy czynności poszczególnych członków Zarządu. Nowi członkowie mieli być odtąd przyjmowani na podstawie uchwały Zarządu, a nie, jak dotychczas, przez zadeklarowanie chęci członkostwa w Oddziale.

51 strona

Rok 1989 oznaczał koniec pewnej epoki w historii Europy Środkowo-Wschodniej, Polski a także Klubu. Dla włocławskich wodniaków zaczął się on wyjazdem na zimowy spływ na Brdzie. Następnym był udział w Międzynarodowym Spływie im. Mariana Plebańczyka na Sanie. Odbywał się on na przełomie kwietnia i maja. Termin ten był już raz wykorzystany w 1987 roku na klubowy spływ Wisłą. Wówczas spływ zakończył się w Krakowie. W czasie, gdy włocławscy wodniacy pakowali swe kajaki, na Wawelu zebrała się manifestacja patriotyczna. Pretekstem była rocznica uchwalenia Konstytucji 3 Maja. Władze na swobodny przebieg imprezy nie zezwoliły, interweniowała Milicja, a alumni obserwujący zajścia z okien pobliskiego seminarium skandowali: "Ge-sta-po! Ge-sta-po!". Na spływie Sanem WKW zapisał niechlubną kartę w historii wyścigów kajakowych, gdyż podczas odcinka szybkościowego jego członkowie poszli do Dynowa po chleb i piwo, i metę osiągnęli dwie godziny po jej oficjalnym zamknięciu. Następnego dnia organizatorzy zezwolili włocławiakom płynąć, jak im się podoba. Rok 1989 był pierwszym, gdy nie odbyły się stanowiące dotąd obligatoryjną wielką fetę pochody pierwszomajowe. Na murze w Krasiczynie włocławiacy dostrzegli napis "Socjalizm to najdalsza droga do kapitalizmu"; kontemplowali go, a na ich oczach zmieniała się Polska.

Po raz ostatni na wiele lat włocławska grupa wzięła udział w MSKnD. Parę osób popłynęło w tym samym czasie Wisłą do Gniewu. Odtąd w okresie Bożego Ciała ta druga opcja przeważy - będą urządzane własne spływy, z reguły na nieznanych wodach.

Nawiązano współpracę z włocławską jednostką wojskową. Zaowocowała ona imprezą pod nazwą "Dzień Dziecka na wodzie" dla wychowanków domu dziecka w Lubieniu Kujawskim (1.6) oraz synów i córek żołnierzy (3.6). Dzięki dostarczonemu przez dowódcę pułku samochodowi zorganizowano zamiast Zgłowiączki Wojewódzki Spływ Kajakowy rzeką Skrwą, która zresztą bardziej spodobała się uczestnikom. Zgłowiączka była sceną innej inicjatywy klubowej. W parku podczas Kiermaszu Kujawskiego odbyły się ogólnie dostępne dla mieszkańców miasta wyścigi kajakowe. Chętnych znalazło się 25 osób. Do śmiesznych sytuacji dochodziło podczas próbowania sił na jedynkach. Prawie wszyscy śmiałkowie wywracali się już przy wsiadaniu, w tym także jeden elegant w garniturze.

Letni spływ jeziorami i rzeczkami o śpiewnych nazwach Kalwa, Saska, Sawica, Omulew był ostatnim Jerzego i Wiesławy Kleynów. Piękne nazwy nie posiadały swego odbicia w rzeczywistości, która była uciążliwa i brudna. Na trasie oprócz normalnych przeszkód trzeba było pokonać spuszczony staw młyński, którego cuchnącym, mulistym dnem ciekła struga zastanej wody. Odruch obrzydzenia wywołały ścieki ze Szczytna, które spływowicze napotkali na swojej trasie. Był to pierwszy nie trafiony pod względem trasy spływ dwutygodniowy, co musiało zresztą kiedyś nastąpić przy obstawaniu przy zasadzie nie powtarzania szlaków. Zakończenie pływania przez Kleynów zaznaczyło się wyraźnie w rzeczywistości obozowej spływu - upadła tradycja codziennego wieczornego wspólnego picia kawy, na którą każdego dnia zapraszała inna rodzina. Smak kawy starsi wzmacniali kieliszeczkami bardziej bogatych w procenty napojów, zaś młodsi spływowicze osładzali sobie gorycz niepicia słodyczami.

W sierpniu wraz z Kołem PTTK przy Azotach zorganizowany został spływ po Kółku Raduńskim i Raduni. Spływowicze byli świadkami nadmiernego zagospodarowania tamtejszych jezior, nad którymi trudno było znaleźć miejsce na nocleg. Wszystkie łączki a nawet wysepki miały swoich gospodarzy i biwakowanie na nich było płatne. W Jarze Raduni silnemu rozerwaniu uległ pokład kajaka Wojtka Kotwasińskiego. Zdopingowało go to wprawdzie do jego wymiany, ale Zarządowi kazało zastanowić się nad sensem niszczenia delikatnych i niełatwych do zastąpienia kajaków na szlakach o tak znacznym, jak Radunia, stopniu uciążliwości. Wymiany powłoki w innym kajaku dokonał również Marian Staliś. Zrobił to z powodów raczej estetycznych, niż z konieczności. Każda inna osoba w Klubie pocerowałaby ją, ale wuja Marian znany był zawsze z pedantyczności.

52 strona

Zakończenie sezonu odbyło się podobnie jak od wielu lat w jednym z prywatnych domów 11 listopada. Postanowiono na nim po raz pierwszy od wielu lat powtórzyć szlak i popłynąć Czarną Hańczą. Ukłonem w stronę zasady było zaplanowanie przepłynięcia przy okazji szlaku Blizny. Postanowiono także na szlaki trudniejsze nie wybierać się składakami. Takie z grubsza były projekty. O tym, jak będzie funkcjonował Klub w nowych warunkach politycznych i czy wyklinany do niedawna kapitalizm wpłynie jakoś na jego działalność, nikt nie myślał.

Następny rozdział

Spis treści

Poprzedni rozdział