Strona główna » Wiedza kajakowa » Wspomnienia kajakowe » 9

Dniestr 2007 - wyprawa kajakowa na Kresy

Kresy, Kresy, Kresy. Po spływach Niemnem i Mereczą na Litwie kolej na największą rzekę Podola - Dniestr. Spływ rzekami Kresów na Ukrainie chodził za mną od wielu lat, tak więc gdy otrzymałem zaproszenie by wziąć udział w spływie Dniestrem decyzja zapadła błyskawicznie - jedziemy na Dniestr.

Wieczorem w piątek 27 lipca meldujemy się w sześcioosobowym składzie Włocławskiego Klubu Wodniaków PTTK w Zamościu podobnie jak ekipy z Gdańska , Słupska, Gliwic, Warszawy, Poznania, Zamościa etc.

Organizatorem wyprawy jest Uczniowski Klub Sportowy "KIKO" przy SP Nr.4 w Zamościu a Komandorem ppłk rez. W.P. Lesław Flaga, stąd nie budzi zdziwienia uczestników fakt, że skoro świt w sobotę kolumną pojazdów ciągnących przyczepy z kajakami, z autobusem z wojażerami na końcu wyjeżdżamy na przejście graniczne w Hrebennem. Każdy z pojazdów ma swój numer a zatem i miejsce w szyku, a kolumna porusza się razem, co jak się później okaże ma kapitalne znaczenie tak podczas kontroli milicji jak i przy przekraczaniu granicy.

Po czterogodzinnej odprawie na granicy, co przy blisko siedemdziesięciu osobach plus bagaż, busach z kajakami na przyczepach, kuchnią z aprowizacją należy uznać za wyjątkowo szybką obserwując kolejki pojazdów i tempo pracy pograniczników, wjeżdżamy na Ukrainę.

Po krótkim postoju na grochówkę przy mauzoleum i pomniku bohatera przestworzy radzieckiego lotnika Niestierowa, zapomnianym od lat, gdzie po zrujnowanym budynku mauzoleum tylko wiatr hula - kierunek Halicz. Obozowisko rozbijamy na lewym brzegu Dniestru naprzeciw miasta. Zmrok zapada szybko wszak jest już godzinę później niż w Polsce, a jesteśmy dalej na wschód.

Halicz - prastary gród, który od początków XII wieku był stolicą Rusi Halickiej - państwa, które powstało wskutek zjednoczenia księstw halickiego i włodzimiersko - wołyńskiego przez księcia Romana Halickiego w 1199 r. Po rozpadzie państwa po śmierci Romana ponownego zjednoczenia dokonał jego syn Daniel Halicki, który od papieża Innocentego IV otrzymał insygnia królewskie. Dla swego syna Lwa wzniósł gród zwany Lwowem. Po przeniesieniu stolicy do Lwowa przez Lwa Daniłowicza, po zniszczeniu miasta przez Tatarów miasto upada. Próby podniesienia rangi miasta przez króla Kazimierza Wielkiego także finalnie okazały się niepowodzeniem. Halicz traci znaczenie na rzecz Lwowa.

Rankiem po przejściu przez nieczynny most drogowy gdzie przez dziury w asfalcie widać Dniestr, wychodzimy na przestronny rynek, gdzie króluje konny pomnik Króla Daniłly Galicyna "Daniela Halickiego", Tak na marginesie we Lwowie znajduje się również okazały konny pomnik króla Daniłły - "pierwszego króla ukraińskiego", którego otacza się powszechnym kultem na Ukrainie. Jeszcze spacer na ruiny zamku wzniesionego za czasów panowania polskiego króla Kazimierza Wielkiego i wracamy do obozu. Mostem śmigają motocykliści slalomem między dziurami i wiernymi śpieszącymi do pięknie odnowionej cerkwi. Pod cerkwią można na mini targu kupić mleko, sery, owoce etc.

Założenia wyprawy są następujące: kilka dni spływu i zwiedzanie zamków i warowni kresowych, a także ciekawych przyrodniczo i krajoznawczo miejsc.

Ruszamy na pierwszy blisko 150 kilometrowy etap spływu z biwakami w Dołhem, Dolinie, Łuce i Ustieczku. Ponad 60 wodniaków podejmuje wyzwanie Dniestru, który ze względu na niski stan wody zdaje się być leniwy, ale to tylko pozory, gdyż załogi, które przed chwilą były przy nas w ciągu kilku minut znikają za zakrętem rzeki. Początkowo płyniemy Halickim Parkiem Narodowym utworzonym w 2004 roku. Pierwszy przystanek w Mariampolu ongiś mieście ulokowanym przez hetmana Stanisława Jana Jabłonowskiego w 1691 r, którego nazwa miała upamiętniać ocalenie hetmana z nurtów Dniestru po zawierzeniu życia Maryi. Dziś można obejrzeć pozostałości XVII wiecznego zamku Jabłonowskich - bramę i rumowisko ruin. Nadmienić wypada, że w 1944 r. zbrojne bojówki nacjonalistów ukraińskich wymordowały tu około 100 osób, głównie Polaków. Trudno oprzeć się refleksji, jak tragiczne i pogmatwane były losy ludności polskiej , której przyszło żyć na wschodnich rubieżach I Rzeczypospolitej. Płynie z nami, jak się później okazało, nestor spływu Janusz, skądinąd przesympatyczny kompan i niezrównany zapiewajło, który 76 lat temu urodził się w pobliżu Brzeżan. Historia jego doznań na kresach wpisuje się w losy wielu zamieszkałych tam Polaków, o czym opowiedział nam podczas wieczornych rozmów na biwakach. Po zajęciu Kresów przez Armię Radziecką w 1939 roku pozbawiono jego rodzinę ziemi nadanej przez Marszałka Piłsudskiego, ojciec trafił do łagrów, a matka z dwojgiem małych dzieci przeniosła się do Brzeżan. Tutaj podczas okupacji niemieckiej rodzina cudem uniknęła śmierci podczas nasilania się akcji eksterminacji Żydów. W Brzeżanach podobnie jak w innych kresowych miasteczkach po przejściu Armii Czerwonej na zachód zaktywizowali swą działalności banderowcy. Nasz przyjaciel ukryty w psiej budzie, której strzegł pies na łańcuchu, obserwował poprzez szczeliny jak bestialsko bojówki ukraińskie mordują polską rodzinę sąsiadów. Nic dziwnego, że w wieku 12 lat Janusz osiwiał. Po wojnie jak większość polskich rodzin zamieszkujących kresy rodzina jego została repatriowana na Dolny Śląsk.

Za Mariampolem rzeka się zwęża, brzegi są coraz wyższe i bardziej strome by w okolicy Niżnowa przejść w wysoki jar z różnobarwnymi warstwami skał dewońskich. Wpływamy w Regionalny Park Krajobrazowy "Kanion Dniestru". W korycie rzeki liczne przemiały, niekiedy nurt znacznie przyśpiesza by zejść bystrzem kamiennego progu. Łagodny Dniestr staje się miejscami wymagający, a chwila nieuwagi to dziura w "składaku", bądź konieczność klejenia na biwaku kajaków poliestrowych. Pójście "na skróty", wbrew nurtowi rzeki niejednokrotnie kończy się kilkudziesięciometrowym holowaniem przez płycizny. Płyniemy oczywiście w butach "do chodzenia po wodzie" by w czasie wysiadania na ostre kamienie uchronić stopy przed zranieniem. Dniestr do ujścia Zbrucza płynie kamienistym korytem miejscami spowalniając i rozlewając się na 200 - 300 metrów.

Przepływając pozdrawiamy piorące na kamiennych tarach kobiety otoczone dzieciakami, których obecność oznacza wsie nieraz niewidoczne z rzeki położone na płaskowyżu. Mijamy też wędkarzy, którzy z dumą demonstrują swoje połowy, bowiem ryba w Dniestrze jest! Za puszkę piwa handlujemy kilkanaście wypatroszonych już ryb, które na biwaku usmażymy. Czasami widać jak szczupak lub okoń goni drobnicę, która wyskakuje nad taflę wody. Jedna mała płoteczka wyskakując spada prosto na uda załogantki przepływającej w pobliżu i wpada do kajaka. Ile było pisku i szukania.

Dniestr do Zaleszczyk płynie głębokim jarem, a 200 metrowe urwiska pionowo opadające do rzeki, gdzie zalegają pokłady czerwonych fosforytów - to niepowtarzalny widok w promieniach zachodzącego słońca. Płynąc słyszymy gdzieś wysoko na brzegu miarowe stukanie - jakby dzięcioł obstukiwał skały. To nie dzięcioł a miejscowi młodzi ludzie przykucnięci w niszach skalnych stromych urwisk wydłubują kilofem łupki, które spadają 100 metrów w dół na brzeg. Inni te łupki układają w stosy skąd zostaną zabrane jako budulec ogrodzeń czy fundamentów domów. Podczas przystanku we wsi Woziłów spotykamy dwóch może jedenastoletnich chłopców umorusanych czerwonym pyłem z których jeden targa kilof prawie tak duży jak on. Na pytanie "czto diełali" odpowiadają "rabotali".

W okolicach Woziłowa zaczyna się najdłuższa pętla Dniestru, której ramiona po pokonaniu 28 kilometrów dzieli 1 kilometr.

Urwiste brzegi przechodzą w zbocza zalesione wszelkimi gatunkami drzew liściastych wśród których króluje akacja, a jest tu jej mnóstwo. Głęboki jar będzie nam towarzyszył do końca spływu.

Im dalej na południe tym coraz częściej ściany jaru odchodzą od rzeki tworząc malownicze doliny w których wyrosły kolejne wioski. Z wody najpierw widać kopuły cerkiew, z których każda jest pięknie odnowiona w kolorach pastelowych lub niebieskim w połączeniu z bielą, by po kilkuset metrach wśród zieleni zaczęły pojawiać się ściany domostw. Cerkiew, która znajduje się w każdej wsi jest nieodłącznym elementem naddniestrzańskiego krajobrazu. W każdej wiosce znajduje się też w miarę dobrze zaopatrzony sklep, gdzie można się napić zimnego piwa "z kija", lub kwasu chlebowego. Na Ukrainie Zachodniej króluje piwo "Obołoń". Zwyczajem sprzedawców jest wydawanie drobnej reszty w cukierkach, choć zdarzyło mi się, iż w sklepie z artykułami przemysłowymi otrzymałem resztę - agrafkę! Co kraj to obyczaj.

Przed Ustieczkiem wysoko na lewym brzegu monastyr skalny, a na prawym wśród surrealistycznie powyginanych wierzb jedyne na trasie oznaczone miejsce na biwak. Rzeka rozlewa się szeroko , by wąskim gardłem pokonując bystrze obok zwalonego filara mostu dotrzeć do biwaku przy ujściu Dżurynu. Ciekawostką jest, że wysadzony w czasie działań wojennych most odbudowano na potrzeby kręconego w tych stronach filmu wojennego, by w jednej ze scen ponownie go wysadzić i spalić. I tak już pozostało do dzisiaj.

W Uścieczku malowniczej naddniestrzańskiej wiosce - przed wojną miejscowości letniskowej mamy dzień postoju. Tutaj dołączyła grupa wodniaków ukraińskich, z którymi będziemy płynąć etap do Zaleszczyk. Podobnie jak w zeszłym roku uczestnicy spływu robią zrzutkę w celu pomocy miejscowej szkole. Uzbierane blisko 500 hrywien zostaje przekazane komisji składającej się z uczniów i nauczycieli szkoły.

Pięknym, słonecznym porankiem ruszamy zamieniając wiosła na buty na pieszą wędrówkę jarem Dżurynu. Dziesiątki potoków, ale także większe rzeki jak Koropiec, Dżuryn, a potem Seret czy Zbrucz krętymi kanionami schodzą do Dniestru.

Po dwóch godzinach marszu stajemy pod 16 metrowym dwustopniowym wodospadem. Ktoś stwierdził, że to kiczowato pięknie i miał rację. Pod strugami spadającej wody kąpią się turyści, a także młodzież z pobliskiego obozu i gdyby... nie było jeszcze wokół tych śmieci!

Na żadnej ze wsi nie spotkaliśmy pojemników na śmieci, a wracając ze sklepu na jednym z biwaków z mieszkankami wsi, podczas rozmowy małżonka stwierdziła, że tak tu pięknie, a tyle leży wszędzie opakowań plastykowych, butelek etc. Dlaczego? Bo u nas taki "poriadok" odpowiedziała pani, lecz śpiesznie dodała, że za dwa dni w czwartek będzie wesele a wtedy wszystko zostanie uprzątnięte, bo orszak weselny będzie na piechotę szedł przez wieś do cerkwi i będzie pięknie. A może byście zostali do czwartku? zapytała. Wesele trwa od czwartku do niedzieli. Spływ ma swój rytm, stąd odpowiedzieliśmy, że może innym razem.

Mostkiem nad wodospadem idziemy do Czerwonogrodu, przed wojną miasta liczącego 400 mieszkańców, Z dala widoczne są pozostałości dwóch baszt pałacu Ponińskich (Kalikst Poniński w XIX wieku przebudował pałac w duchu neogotyku), oraz ruiny kościoła, a obok skromny krzyż upamiętniający zamordowanych Polaków, pod którym leżą wiązanki kwiatów.

Czerwonogród - jedna z najstarszych osad na Podolu nazywany w kronikach Castrum rubrum, rezydencja ruskich książąt. Nazwę Grody Czerwieńskie niektórzy historycy wywodzą stąd. Za panowania Władysława Jagiełły rządy sprawował Spytko z Melsztyna wojewoda krakowski. Okres świetności XV/XVI wiek. Wielokrotnie niszczony podczas najazdu Mongołów, Turków, Tatarów. Odbudowany w okresie międzywojennym. W 1945r, bojówki ukraińskie wymordowały około 60 Polaków którzy schronili się w Kościele. Zabudowania spalono. Miasto przestało istnieć. Dziś na terenie znajduje się obóz młodzieżowy.

Czerwonogrod położony jest na płaskim wzgórzu, a dawniej Dżuryn opływając wzgórze stanowił naturalną fosę. Tradycja miejscowa powiada, że w 1672 r. atakujący miasto Turcy przekopali i wysadzili nasadę cypla skierowując Dżuryn na wprost i w ten sposób pozbawili miasto naturalnej ochrony, a wodospad najwyższy na Podolu do dziś zachwyca turystów.

Wdrapując się na wzgórza otaczające Czerwonogród osiągamy miejscowość Nyrków, gdzie opodal cmentarza stoi samotnie mauzoleum Ponińskich w całkowitej ruinie, a na cmentarzu groby polskie i zrujnowana kaplica grobowa księżnej Joanny Ponińskiej, której pilnuje kikut postaci w pofałdowanej sukni - Matki Boskiej z utrąconą głową. W miarę czytelna inskrypcja na sarkofagu informuje o zmarłej w 1810 roku księżnej.

W Ustieczku znajduje się również polski cmentarz zarośnięty całkowicie. Przy pomocy sąsiada mieszkającego w pobliżu cmentarza odnajdujemy kilka polskich napisów na tablicach umieszczonych na krzyżach.

Wieczorne ognisko, piękne dumki w wykonaniu ukraińskich kajakarek kończą dzień pełen krajoznawczych wrażeń.

Pod wysokim nowym mostem drogowym na szosie Czortkowo - Horodienko spływamy na kolejny blisko 100 kilometrowy odcinek Dniestru, z biwakami w Zaleszczykach, Sińkowie i Olchowcu. Rzeka płynie cały czas jarem, którego brzegi stają się bezleśne, odsłaniając gdzieniegdzie skały, bądź pokazując przecinające je wąwozy zdążające do Dniestru.

Pojawiają się pierwsze promy, które niejako spinają wsie położone naprzeciw. Widać coraz więcej tuneli z pomidorami. Nurt rzeki przechodzi z jednego brzegu na drugi, a często widać też sieci, których pławami są zakotwiczone na dnie butelki po napojach. Kamienie z brzegów wybierają koparki ładując je na Kamazy lub przyczepy ciągników. Wędkarze i praczki są częstym widokiem nadrzecznego krajobrazu. Na nasze "dobryj deń" odpowiadają "sczastia żiełajem". Pod mostem drogowym w Zaleszczykach spotykamy Swietłanę, która z 12-letnim synem Lubomirem płynie pod prąd na przywitanie polskich i ukraińskich kajakarzy, mimo przepłynięcia z nami etapu, bo żal jest jej wracać do pracy. Swietłana obiecuje, że jeszcze do nas wróci na ostatni etap, i jak się później okaże dotrzyma słowa.

Zaleszczyki - pierwsza wzmianka o Zaleszczykach pochodzi z polowy XV wieku, a ich rozwój datuje się od połowy XVIII wieku kiedy właścicielem został ojciec późniejszego króla Stanisława Augusta Poniatowskiego - Stanisław Poniatowski. Prawa miejskie Zaleszczyki uzyskały w 1769 r Miasto graniczące z Rumunią w Polsce międzywojennej. Ośrodek sadownictwa, znany kurort z licznymi pensjonatami, gdzie w piaskach naddniestrzańskich kuracjusze leczyli m. innymi reumatyzm. Wielu uciekinierów m. innymi Melchior Wańkowicz w 1939 r. przeszło w Zaleszczykach na terytorium Rumunii. Wbrew utrwalonym stereotypom polski rząd 17 września przekroczył granicę rumuńską w Kutach mostem na Czeremoszu, a nie w Zaleszczykach.

Przed barokowym kościołem pw. Św. Stanisława ufundowanym przez Stanisława Augusta Poniatowskiego dochodzimy do grupki wiernych rozmawiających po wieczornej Mszy Św. z miejscowym proboszczem. Po kilkuminutowej rozmowie proboszcz opuścił nas gdyż musiał wymienić koło w samochodzie bo złapał dziurę. Ulice Zaleszczyk nie są lepsze od dróg wiejskich, pełne wybojów i dziur, stąd nie zdziwiła nas "pana" w samochodzie proboszcza - przewrotnie można by się spytać jak tu można jeździć nie łapiąc dziur w oponach? Jeżeli już jesteśmy przy motoryzacji to tabor samochodowy małych miasteczek i wsi to "wielowiekowe" Łady, Moskwicze, Wołgi, Zaporożce etc. a na przykład w Kamieńcu Podolskim czy we Lwowie coraz częściej widać naszego Lanosa.

Pani Barbara z którą rozmawialiśmy przed kościołem słysząc, że chcemy obejrzeć Zaleszczycki Cmentarz zaoferowała nam swoje przewodnictwo. Urodzona na polskich Kresach w Zaleszczykach, z zawodu logopeda, osiemdziesięcioczteroletnia wdowa, z łezką w oku wspominała jakie piękne były Zaleszczyki w okresie międzywojennym, ile tu było pensjonatów i przybyszów z Warszawy i innych polskich miast, jakie piaszczyste były plaże nad Dniestrem, jak to miasto żyło. Ulice pokryte były grubym asfaltem, że przyjemnie było chodzić na bosaka, a w 1939 roku wjechały czołgi jak to określiła "wyzwolicieli", potem przetoczył się front na wschód i znowu na zachód, i miasto jak wiele miast kresowych straciło swój wigor i tylko egzystuje.

Z dumą opowiadała jak wierni uczestniczą w odnowie kościoła zwróconego 10 lat temu, czego efekty są widoczne.

Cmentarz w Zaleszczykach śladów polskości ma wiele, o czym świadczą napisy na nagrobkach. Nasza przewodniczka zaprowadziła nas na jeden skromny pomnik żołnierzy polskich poległych w latach 1914 - 1920. "Dulce et decorum est pro Patria mori" - taką inskrypcją opatrzono schowany w bocznej alejce pomnik. "Słodko i zaszczytnie jest umierać za ojczyznę". Po krótkiej wizycie na herbatce na naszym biwaku, Panią Barbarę, której wspaniała literacka polszczyzna budziła podziw odprowadziliśmy, gdyż jeszcze musiała iść odwiedzić jak to określiła "staruszkę" którą się opiekuje. Ta staruszka miała lat 87.

Rankiem chętni odwiedzają słynny w tych stronach jarmark zaleszczycki, na którym "mydło i powidło", ale też moc arbuzów i melonów wspaniale dojrzałych.

Promy są już stale obecne, a lesiste wysokie brzegi jaru coraz częściej odchodzą od rzeki. Płyniemy ostrożnie obok skał wypiętrzających się w korycie Dniestru.

To jednak nie jest Nienasytec budzący grozę dziką kipielą, o którym pisze Sienkiewicz w "Ogniem i Mieczem" opisując posłowanie Pana Skrzetuskiego do Bohdana Chmielnickiego i jego zmagania z Dnieprem.

Zaliczamy kolejne 100 kilometrów. Olchowiec, to przedostatni już biwak, skąd rankiem wyruszamy do największej jaskini na Podolu w Krewczach. Korytarze jaskini mają ponad 23 kilometry długości, a my pokonujemy blisko 3 kilometrową trasę turystyczną wyrzeźbioną w kredowych skałach. Wąskie szczeliny gdzie trzeba się przeciskać przechodzą w rozlegle komnaty z przepięknymi sklepieniami. Wiele skalnych "rzeźb" ma swoje nazwy np. trąba słonia etc. Po ponad 2 godzinnej wędrówce znowu widać słońce.

W Olchowcu podobnie jak w poprzednich wioskach mnóstwo drzew włoskiego orzecha tak przy drogach jak i wewnątrz gospodarstw.

Rankiem ruszamy na ostatni etap do Okopów Sw. Trójcy, który minie już bez pogodowych niespodzianek. Niedaleko Dźwinogrodu urządzamy popas w pozostałościach starego ruskiego grodu - prostokątnej łączce okolonej wałami przy której niewielki, ale bystry strumień szumiąc uchodzi do Dniestru. Dopływa do nas Swietłana z synem - kapitanem "siedzącym na sterze". Ze Swietłaną, filigranową brunetką, alpinistką (zdobyty Elbrus) i grotołazem, która dotrzymała słowa i dobiła na ostatni etap rozmawiamy między innymi o spływie Czeremoszem, najbardziej wymagającej rzece Podola, który organizują jej przyjaciele. Otrzymujemy zaproszenie na pływanie Czeremoszem wiosną w przyszłym roku.

Jeszcze białe skalne urwiska pod wsią Trubczyn ciągnące się z obu brzegów rzeki przez ponad 2 kilometry i wysoko na lewym brzegu widać zabudowania Okopów i fragmenty ziemnych umocnień.

Flagi Ukrainy, Polski i Unii Europejskiej zatknięte w widłach ujścia Zbrucza do Dniestru oznaczają koniec spływu i biwak.

Okopy Św. Trójcy - W 1672 roku, po zdobyciu Kamieńca Podolskiego przez armię turecką król Jan III Sobieski po bezowocnych próbach odbicia Kamieńca rozkazał celem zabezpieczenia południowych rubieży Rzeczpospolitej utworzyć sieć posterunków, a między innymi Okopy Św. Trójcy, szańca położonego na wysokim wzgórzu w widłach Zbrucza i Dniestru. Prace fortyfikacyjne wykonano w 1692 r. pod kierownictwem generała artylerii Marcina Kątskiego. Znaczenie militarne twierdzy zmalało już w 1699 r. po zawarciu pokoju z Turkami. W okresie międzywojennym w Okopach na zbiegu granicy Polski z Rumunią i ZSRR była Strażnica KOP.

Z dawnej twierdzy zachowały się dwie murowane bramy, budowle dwukondygnacyjne z kamienia ciosanego zbudowane na planach prostokąta, ze strzelnicami artyleryjskimi w górnej kondygnacji i półkoliście sklepionymi przejazdami w dolnej. Wędrówkę zaczynamy od Bramy Lwowskiej na której na tablicy z czerwonego piaskowca napis informuje o budowniczych fortalicji. Z dawnych szańców praktycznie zniwelowanych od północy widać wstęgę Zbrucza, który wije się w głębokim jarze, a od południa Dniestr przed metą ostatniego etapu. W połowie odległości miedzy bramą Lwowską i Kamieniecką usytuowano kamienny Kościół pw. Św. Trójcy fundacji króla Jana III Sobieskiego, zrujnowany podczas walk konfederatów barskich z wojskami rosyjskimi i odbudowany w1903 r. Dochodząc do ruin kościoła bez dachu, pozostałych po spaleniu przez bandy UPA w 1945 r. słyszymy końcowe słowa Serdecznej Matki "szczęśliwy kto się do Matki uciecze". To polska pielgrzymka, jak się później okazało bibliotekarzy z Trójmiasta. Polska pieśń zwabiła mieszkankę pobliskich zabudowań - Ukrainkę, która mówi nam łamaną polszczyzną, że jej matka była Polką i była chrzczona przed wojną w tym Kościele, oraz że Polaków tu już nie ma.

Wśród płotów zagród z pełnych płyt metalowych, czasami aluminiowych z wytłaczanymi ornamentami wracamy na biwak. Jeszcze przed nami Chocim i Kamieniec Podolski.

Chocim - drewniany gród w XI w. W połowie XIII w. Drewniane umocnienia zastąpiono kamiennymi, a w końcu XV w. otoczono murem wysokości 40 m i szerokości 6 m. Na początku XVIII w. Turcy przy pomocy inżynierów francuskich otoczyli twierdzę kamiennym wałem ziemnym z bastionami. Był to główny próg obronny twierdzy. W 1621 r. wielki hetman litewski Jan Karol Chodkiewicz wraz z wojskiem kozackim pod dowództwem Piotra Sachajdacznego broni twierdzy przed Turkami. W 1673 r. zwycięstwo nad wojskami tureckimi odnosi Jan Sobieski, hetman wielki koronny - późniejszy król Polski.

Przy drodze wiodącej do fortecy stoi okazały pomnik hetmana kozackiego Piotra Sahajdacznego. Każdy naród wszak honoruje i czci swoich bohaterów.

Twierdza Chocim z pięcioma basztami, a w dole panorama zakola Dniestru...jakby wybudowano ją pod potrzeby filmu.

Kamieniec Podolski - miasto forteca, jedna z najpotężniejszych twierdz europejskich, położony na wzgórzu otoczonym prawie ze wszystkich stron rzeką Smotrycz. Pierwsze wzmianki XI w. Wielokrotnie przebudowywany i modernizowany. Traktowany jako przedmurze chrześcijaństwa (jedna z dwunastu baszt nosi nazwę Papieskiej, bowiem wzniesiono ją przez papieża Juliusza II).Wielokrotnie przechodził z rąk do rąk. Wielokrotnie też atakowany przez siły tureckie i kozackie przetrwał. W 1672 r. kiedy to magistrat nie wpuścił do miasta wojska Jana Sobieskiego, gdyż byłoby to zbyt duże obciążenie finansowe dla miasta, załoga, około półtora tysiąca ludzi, w tym 200 żołnierzy stałego garnizonu nie mogła przeciwstawić się 100 tysięcznej armii tureckiej. Po 9 dniach obrony miasto poddano Turkom.

Będąc w Kamieńcu nie sposób nie wspomnieć o Jerzym Wołodyjowskim, który jako dowódca załogi twierdzy wraz ze swoimi dragonami bronił miasta i zginął przypadkowo po wybuchu prochów w wieku 50 lat. Postać ta to prototyp Michała z powieści Sienkiewicza Pan Wołodyjowski. Historyczny pierwowzór Baśki to Krystyna Jeziorkowska wdowa po trzech mężach zanim poślubiła Jerzego.

A niech tam! Pozostańmy przy Sienkiewiczu, Panu Michale i jego Baśce, którą imć Pan Zagłoba nazywał hajduczkiem.

Na cmentarzu przy katedrze św. Apostołów Piotra i Pawła przekazanej wiernym przez władze Kamieńca w 1990 r. stoi skromny pomnik Jerzego Wolodyjowskiego, Hektora Kamienieckiego jak głosi umieszczony na nim napis. Sam Jerzy spoczywa w podziemiach Katedry.

Koniec wyprawy - kierunek Polska. Jeszcze kilkugodzinny spacer po z roku na rok piękniejszym Lwowie i ...żegnajcie zamki kresowe, pejzaże Dniestru i Podola i urodziwe dziewczyny. Mamy nadzieję, że nasze rozstanie nie będzie długie i rychło spotkamy się znów na Kresach, gdzie także inne rzeki czekają na wodniaków z Polski.

Autor: Lech Wojciech Krajewski