WKW PTTK

PRZEZ BORY DZŪKIJI - Ūla, Merkys, Nemunas - 2023

PRZEZ BORY DZŪKIJI - Ūla, Merkys, Nemunas - 2023

Wjeżdżamy na Litwę i robi się przestronniej. Zabudowa rzadsza, domy mniejsze, często drewniane, wklejone w pejzaż. Pola, rozległe łąki, lasy, lasy, lasy. Za Vareną nagle wielka polana, pośrodku kępa drzew, pod nimi kilka krzyży. Cmentarz.

Zatrzymujemy się w Dubičiai. Za mostem asfalt, dotąd wąski, kończy się. Szutrowa droga prowadzi dalej w stronę Białorusi. Kilka dni temu rosyjski generał powiedział, że zajęcie przesmyku suwalskiego to kwestia godzin. Wszystkie media go cytowały. Jak zechcą, zajmą. My jesteśmy na flance owego przesmyku.

Autobus odjechał. Zostajemy sami. Składam kajak, Mastal wyjmuje swój i staje niemy. Zabrał stelaż od swego Neptuna, lecz powłokę od jedynki.
- Normalnie nie wierzę! – Ola załamuje ręce pośrodku obozu – Chyba ten kajak wołami podpiszę, takimi wołami!
- Musimy wam pożyczyć kajak tu, na Litwie. To jedyne wyjście!

Mgła zasnuwa łąki, omija pagórek za rzeką, porośnięte drzewami grodzisko, omija namioty jak wyspy.

***

Rankiem dzwonię do lokalnych firm kajakowych i udaje mi się załatwić kajak dla Oli i Mastala. Przywiozą go w południe z Zervynos. Do tego czasu spacerujemy po wsi, pijemy wodę wyciągniętą wiadrem ze studni przy dwuwieżowym drewnianym kościele, na rozejściu dróg oglądamy mogiłę Ludwika Narbutta i jego powstańców, którzy zginęli pod Dubiczami w 1863. Zaangażowany w sprawę był Ludwik Narbutt. Umierając nie zapomniał powiedzieć, że słodko jest umierać za Ojczyznę.

Ekspedientka w sklepie ma polskie pochodzenie i rodzinę w Polsce. Dopóki żyli dziadkowie i rodzice, kontakty były częste. Teraz z kuzynami kontakt ma tylko przez Internet, coraz rzadszy. Nie przyjeżdżają, mieszkają daleko. Zapomina już polskiej mowy.

Leszek miał dojechać do nas swoim samochodem. Kajak z Zervynos przyjeżdża, a Leszka nie ma. Zjawia się po wiekach oczekiwania i ruszamy w drogę. Rzeczka jest głęboka, lecz nużąca. Trzcinowiska, koryto przerośnięte strzałką. Mam już tego trochę dość, gdy koryto rozszerza się, a na brzegach pojawia się las. Za Krokšlys liczne pnie w nurcie, wprawdzie przecięte przez lokalnych organizatorów spływów, wymagają ciągłej uwagi i manewrowania. Najlepiej płynąć powoli.
- Ta rzeka rzuca nam kłody pod nogi – zauważa Alinka.
- Raczej pod stępkę…

Kajakiem wstrząsa nagłe uderzenie. Trzask! Walnęliśmy w pionowo sterczący pod wodą pniak. Żebro pękło.

Biwakujemy nad jeziorem Ūla, na półwyspie między nim a ujściowym fragmentem rzeki. Na tabliczce wypisane są numery telefonów, ale żaden z nich nie odpowiada. Nie ma takiego numeru.

Wieczorne ognisko jest długie i rozśpiewane. Tak bywa, gdy są na spływie Tomek i Magda, gdy chęć na śpiewanie mają Ola i Beata.

***

Znowu mnie porypały wczoraj…! Jak zwykle. A czapkę miałem, okulary miałem…
Prezesa pogryzły komary. Jest ich multum.

Zastanawiamy się, co robić, gdy zaczyna kropić, a potem przyjeżdża samochód. Wysiada z niego para Litwinów. Mają trochę pretensje, żeśmy nie zadzwonili, ale pokazuję telefon – dzwoniliśmy. W ich obecności wybieram numery – komórki ich milczą. Mówią, że miejsce to na najbliższą noc zarezerwowała grupa młodzieży. Przyjadą autami już za pół godziny. Musimy się wynieść, ale możemy zatrzymać się na polu namiotowym u wypływu Uli z jeziora. Paręset metrów stąd. Tam będziemy mieli spokój, bo tutaj… Deszcz kropi, ale wyjścia innego nie ma. Samochody zjeżdżają jeden za drugim. Pakujemy się byle jak i przerzucamy obóz na nowe miejsce. Leszek dopływa na nie wpław. Udaje się potem nad pobliskie jeziorka bagienne, wraca i namawia Beatę, że warto je zobaczyć. Beata wraca pełna entuzjazmu i przekonuje nas, że naprawdę warto. Idziemy sporą gromadą nad jeziorko Dumbleis, małe, dystroficzne oczko w głębokim zapadlisku. Wpełza na nie pło, falujące, gdy po nim chodzić, i syczące. Wśród torfowców rosną małe rosiczki. Nie zauważysz ich, jeśli nie klękniesz. Tam, gdzie pło nie wytworzyło się, linię brzegową zdobi pas liści czermieni. Niektóre mają już owoce.

Po południu Zosia, Wera i Przemek wypływają kajakiem na jezioro, kąpią się skacząc do wody i na powrót wchodząc. Naprawiam pęknięte żebro, biorąc je w drewniane łupki wyciosane toporkiem i wiążąc całość trytytkami. Na porzuconym przez nas biwaku impreza trwa w najlepsze, basy niosą się po wodzie, tylko melodie zaginęły.

***

Rudnia to pierwsza miejscowość za jeziorem. Przy kościele kilka kobiet zbiera kwiaty macierzanki. Przenosimy kajaki przy progu, dziewczęta idą po wodę do zagrody, wracają objuczone baniakami. Ūla płynie przez lasy, są czasem przy niej śródleśne łąki, czasem piaszczyste urwiska.
- To spływ pod tytułem: wyjmij parasol – mówi Alinka. Często musi wyjmować parasol z dziury w dziobnicy, gdy widzi gałąź lub pochyłe drzewo. Wreszcie daje mi parasol, bym pod burtą go schował. Ma dość tej zabawy.

Wokół kajaka przelatują ważki, suną gromadami nartniki.
- Czym się żywią? – zastanawia się Alinka.
- Mariusz, mamy problem.
- Co się stało?
- Czym żywią się nartniki?
- To drapieżniki. Czyhają na spływające żyjątka. Może pożerają też mniejsze nartniki.

Ciągłe wytężanie uwagi, ciągłe omijanie przeszkód irytuje Alinkę. Chciałaby powiosłować, głowę powietrzyć, a musi wciąż uważać.

Biwakujemy na polu namiotowym Ūlos kilpos, na łące. Po kwiatach buszują pszczoły, bzygi i motyle, nawet dostojna rusałka żałobnik. Po posiłku zarządzam spacer do nieodległego Pauosupe. W sosnowym lesie jakby żywcem przeniesionym z Borów Tucholskich pełno jest owoców. Jagód, ale także owoców konwalii i kokoryczki. Osada Pauosupe jest niewielka, ot, parę drewnianych domów. Nad strumieniem Uosupis jest uroczysko, polanka wśród sosen, a na niej stoi Matučio dvare, letni domek pisarza Anzelmasa Matutisa, najbardziej dziecinnego z poetów piszących dla dzieci. Puszcza była jego świątynią i inspiracją. Domek nazywany jest barcią i rzeczywiście, kształtem przypomina wydrążony pień.

Powróciwszy, siedzimy przy ogniu długo, choć kropi przez cały wieczór. Godzinami można wpatrywać się w ogień. Taka w nim magia. Późną nocą opad się natęża i do namiotów czuwających rozgania.

***

Odległe od biwaku o cztery kilometry Zervynos, po polsku Zerwinos, pobrzmiewają w tej nazwie Zerwipludry i Zerwikaptur, to wioska malownicza, jakby translokowana w dzisiejsze czasy z minionych wieków. Drewniane chaty przy piaszczystej drodze, pokryte strzechami siedliska na pagórkach wśród mokradeł, wysokie krzyże na rozstajach, przyozdobione u nasady płóciennymi fartuszkami, zawieszone na sosnach barcie, cmentarz, na którym wśród nagrobków można jeszcze napotkać te stare, słupowe, wyciosane z pnia drzewa, zwieńczone spróchniałym, przerośniętym porostami krzyżem.

Nieopodal Zervynos przebiega linia kolejowa łącząca Wilno i Marcinkonys. Zbudowano ją w 1862 roku jako część trasy z Warszawy do Petersburga. Potem granice pozmieniały się, powstały nowe państwa i połączenie na odcinku z Polski przez Grodno na Litwę przestało funkcjonować. W 2022 roku Litwini rozebrali tory prowadzące od Marcinkonys w stronę Białorusi. Pogróżki rosyjskie o możliwości zajęcia przesmyku suwalskiego przekonały Litwinów do fizycznej likwidacji linii mogącej potencjalnie stanowić linię przerzutową dla rosyjskiego wojska.

Przystanek w Zervynos to krótki peron i zadaszona wiatka z rozkładem jazdy. Wokół – las. Tory wyprodukowano w Azowstalu, tak cyrylicą na nich napisano. Jedziemy pociągiem do sklepu w Marcinkonys. Bilety sprzedaje nam polskojęzyczna konduktorka, a skład wyprodukowano w bydgoskiej Pesie. Dworzec w Marcinkonys to parterowy budyneczek ozdobiony drewnianymi wycinankami. Od stulecia się nie zmienił, widać to na starych zdjęciach. Zmieniła się tylko nazwa stacji. Dawniej były to Marcinkańce, pisane cyrylicą.

Wracając na biwak łapiemy z Alinką stopa. Na szutrowej drodze zatrzymuje się jedyny jadący nią samochód. Na wstępie przepraszamy się nawzajem z kierowczynią, że musimy ze sobą rozmawiać po rosyjsku, po czym ucinamy pogawędkę, komplementując nawzajem swoje kraje. Jej podoba się Polska (była parę razy!), a nam Litwa. Byleby mir był, a wszyscy będziemy dobrze żyli.

Na biwak dopływają Niemcy dwoma kajakami. Beata odnajduje się jako animatorka i pedogożka. Organizuje grę w karty i wysyła młodzież po drewno, w tym nastoletniego Niemca. Znacie wszyscy angielski, so go to the forest and bring wood. Jemy kiełbaski i do późnej nocy śpiewamy, na zmianę z Tomkiem grając na gitarze, wspomagani pomysłami przez Mastala a entuzjazmem przez Beatę.

***

Ta woda jest zimna nawet dla mnie - oznajmia Leszek.
- Pływałem wczoraj pięć razy to zakole, ale tak przemarzłem, że musiałem zrezygnować. Zimno było mi nawet w środku!

Poza Leszkiem nikt z nas w rzece nie pływał. Obmyliśmy się i to nam wystarczyło. W Zervynos odbieram bilety do parku narodowego od pana Arturasa i jemy lody. Sprzedaje je córka pana Arturasa o imieniu Ūla, jakże tu znamiennym. Pod mostem kolejowym Ūla, którą płyniemy, zwęża się do kilku metrów i spływa silnym bystrzem. To początek górskiego odcinka, tak twierdzi przewodnik. Z każdym kilometrem przekonujemy się, że to nieprawda. Ūla płynie głęboką doliną, opadają ku niej wysokie piaszczyste urwiska, sporo jest zatopionych kłód, ale to żadna górska rzeka, to rzeka puszczańska. Za Mančiagire zatrzymujemy się przy Ūlos Akis - Oku Uli. To niewielki stawik, w jego dnie pulsują trzy źródła, wyrzucając gejzerki piasku. Ciekawostką geologiczną jest to,że choć źródła biją trzy metry nad powierzchnią rzeki, wodę czerpią z warstw wodonośnych spod jej dna.

Biwakujemy w Trakiškiai. Wieczorem na ryby przyjeżdżają samochodami tatusiowie z dziećmi. Łowią na muchę, wędkują stojąc po pas w wodzie, rozebrani do kąpielówek. Zadziwiają nas zwłaszcza dzieci. Czy ta woda nie jest dla nich zimna?
- Zimna?! My miejscowi, wody takiej zwyczajni…

Beata wraca ze spaceru po wsi i relacjonuje
- Litwa mnie zaskakuje. Jak można żyć w takiej wsi w kniei? Oni naprawdę tu mieszkają? Niebywałe - nie może się nadziwić.

Śpiewamy jak zwykle długo. Na chłód nocy, na chłód ciągnący od wody najlepszym remedium jest ognisko.

***

Żegnamy się z Ūlą. Przeszkody nie odpuszczają jednak. Omijamy je najczęściej, niemniej nie zawsze. Woda jest tak przezroczysta, że niełatwo ocenić głębokość. Wydaje się czasem, że kajak przepłynie, a tu zong – staje! Po godzinie pojawia się napis Pauliai i kilka domostw. To ostatnia osada przed Mereczanką. Tam nas wreszcie czeka szeroka rzeka! Na końcu prostej widać zwalone drzewo. Ūla przyspiesza, bystrzem pod nie wpada.
- Alinko, złóż wiosło!

Wyjmuję Alince oparcie, ona kładzie się, przelatujemy pod pniem. Miejsce nie jest łatwe! Wiosłujemy wstecz, za nami jeszcze Prezes. Zatrzymujemy się pod brzegiem. Oglądam się.
- Chyba przepłynął – stwierdzam i wtedy dobiega mnie krzyk Prezesa. Oglądam się ponownie i widzę czerwone dno kajaka. Dobijamy, wyskakuję, Alinka też, trzyma naszą łódkę, ja łowię w rzece wiosło i kajak, Prezes sam wychodzi. Wylewamy wodę, obracamy kajak Prezesa, sprawdzamy luki. Wytrzymały, wody nie puściły. Okulary - są. Czapeczka - nie ma.
- No, Prezes! Kolejny listek odpadł z odznaki w liściach dębowych! podsumowuje zdarzenie Korzon, gdy spotykamy się u ujścia do Mereczanki.

Merkys, Mereczanka po polsku, jest szeroka, głęboka, szybka. Schodzi łagodnymi bystrzami. Po siedmiu kilometrach osiągamy Puvočiai. Nad rzeką rozpięta jest pajęczyna linek, na nich zawieszone są paliki. To tor slalomowy. W jego połowie po lewej stronie jest oznaczenie pola namiotowego. Przemek, Michał i Jerzy zawijają tam do cofki, ja za nimi, ale nie ma tu miejsca dla wszystkich! Zauważam niżej plażę, tuż za torem.
- Spływamy tam, tam będzie postój!

We wsi jest niewielki sklep w chałupie podobnej do innych. Chleba nie ma, ale są inne produkty pierwszej potrzeby, wódka, piwo, a w zamrażarce pielmieni. Kupujemy je, będą na kolację.

Spływamy spokojnie, Alinka trochę wypoczywa (nie trzeba martwić się przeszkodami!), wreszcie bierze się do wiosła.
- Nie nawiosłowałam się na tym spływie!

Etap kończymy przed mostem, ostatnim nad Mereczą. Ognisko wieczorne bez śpiewów. Trzeba czasem od nich odpocząć. Piwko smakujemy powoli, słowa padają rzadko, nie trzeba się donikąd spieszyć.

***

Całą noc pada deszcz. Rano pada też. Wychodzimy do Merkine przed jedenastą, choć wciąż kropi. Z urwiska na zakolu pięknie widać wijącą się między łąkami rzekę. W podnóżu lasu gęstymi kobiercami stroszą się rojniki. Nie pada.

Merkine, po polsku Merecz. Góra Królowej Bony, czyli miejsce dawnego zamku. Kościół łączący elementy gotyku i renesansu. Trójkątny rynek, na jego środku cerkiew, przy jej ścianie niewysoka makieta ratusza, który stał dawniej w tym miejscu. Zabawny jest ten niewielki ratusz z paździerza. W domu przy rynku w 1648 roku zmarł król Władysław IV Waza, zarazem Wielki Książę Litewski. Zmarł w podróży. Ratusz był natenczas murowany, pełnoprawnego wzrostu. Na marach wystawiono ciało zmarłego. Ludzie w blasku pochodni przychodzili oddać mu ostatni hołd. Żaden z nich nie wiedział, że żegna władcę, za rządów którego Rzeczpospolita była po raz ostatni potężna.

Jemy rosół z pierożkami i chłodnik z rzodkiewką w ekskluzywnej knajpce. W Merkine oprócz budy z kebabem są dwie tego rodzaju restauracje. Kto w nich jada, w miasteczku tak prowincjonalnym, zastanawiamy się. Wychodząc zauważamy, że wszystkie stoliki są zajęte.

Naszą uwagę zwraca mural, popiersie brodatego mężczyzny o smutnym spojrzeniu. To dawna synagoga, obok była szkoła talmudyczna. Były tu ongiś trzy synagogi, ale już ich nie ma, tak jak nie ma już w Merkine Żydów. W 1941 roku Niemcy dokonali ich eksterminacji, zabijając osiemdziesiąt procent populacji w jeden ponury dzień jesienny. Dziś przypominają o nich tylko nagrobki kirkutu między sosnami, las spośród nich wyrósł, oraz dwie masowe mogiły, w których pochowano 854 ofiary tego jednego dnia mordu, kobiety, mężczyzn i dzieci.

Wracamy na obóz, gdy dopada nas ulewa.

Wieczór to znowu ognisko, kiełbaski i śpiewanie do późnych godzin nocnych. Mgła spowija wszystko, nie ma drzew, nie ma namiotów, nie ma łąki. Z Tomkiem i Beatą dorzynamy imprezę, jak długo się da.
- Chyba już można iść spać, chyba już nic się nie zdarzy, chyba już można się położyć, marzeń na jutro trzeba namarzyć…

Etap ostatni, najdłuższy. Czterdzieści kilometrów. Dzień rozpoczyna się słońcem. Jest gorąco, chętnie wchodzimy do wody. Wczoraj Leszek sprowadził samochód z Dubicz. Na leśnej drodze wpadł w dziurę. Pękło plastikowe nadkole. Naprawiamy je rano z Mastalem. Wdzięczny Leszek przywozi nam na most w Merkine piwo. Nie płynie tego dnia. Jego kajakiem płynie Wiktor, tegoroczny absolwent podstawówki, który dość już miał pływania z tatą. Ale czy sobie da radę? Daje! Marysia, w wieku tym samym, jedynką płynie od początku spływu. Dzieci zawsze sobie radzą lepiej, niż spodziewali się rodzice. Rodzice zwykli nie zauważać, że dzieci ich dorosły. Czasem nawet pojawienie się wnucząt tego im nie uświadamia.

Od Merkine płyniemy Niemnem. Niesie szybko, choć nie jest to odczuwalne, dopóki nie wpadnie do głowy pomysł popłynięcia pod prąd. Pogoda zmienia się jeszcze szybciej. Nadciągają chmury, wiatr i deszcz. Szukamy biwaku z dojazdem, ale aż do Nemunaitis bezskutecznie. Płyniemy i płyniemy. Na łopacie zakola naprzeciwko Nemunaitis, na której biwakowaliśmy w 2002 roku, miejsca na biwak też nie ma. Zarosło, zmieniło się. Przemek i dziewczynki zauważają na prawym brzegu, czyli w samym Nemunaitis, mężczyznę machającego w naszym kierunku. Podpływają do niego i dogadują się, głównie na migi, bo litewskiego i rosyjskiego nie znają, a on też po polsku lub angielsku ani rusz, że przy plażyczce wioskowej, na łączce obok huśtawki i miejsca na ognisko możemy rozbić namioty. Tak robimy, szczęśliwi, bo miejsce jest świetne. Do drogi niedaleko, autobus dojedzie. Dzwonię do Arturasa z Zervynos. Może przyjechać po kajak. Deszcz nie pada, drewno mokre, ale da się rozpalić. Wieczór więc będzie jak zwykle, z gitarą i ogniskiem. Tylko rzeka w ciemności mija dziś nas inna.

***

Jem śniadanie, gdy telefonuje do mnie nasz przewoźnik i mówi, że autobus już jest.
- Gdzie?
- Przy kościele w Nemunaitis, jak się umawialiśmy.
- Ale miał być jutro!
- Nie… Umawialiśmy się na dzisiaj.

To się nazywa nieporozumienie! Co robić? Wracać teraz, dziś? Zapowiada się śliczny dzień, jakże z niego zrezygnować… Uzgadniam, że poszukamy noclegu dla kierowcy, bo on spał w busie nie będzie, pod namiotem też nie, tak oświadcza. Obchodzimy wioskę i poznajemy mówiącego po polsku Dariusza, wypożyczającego bajdarki, bibliotekarkę, ta zaprasza nas na kawę, gospodarza, jego syn może szofera przenocuje, ale dopiero wieczorem, gdy wróci, kierownika lagieru dla młodzieży, on dorosłych przyjmować nie może.
- To się nie dzieje, powtarza Beata, to się nie dzieje!

Wreszcie Dariusz umawia nocleg w nieodległym Alytus. Gdy po czterech godzinach kierowca odjeżdża tamże, zostawiając nam przyczepkę, odczuwam szczerą ulgę. Na koniec niemalże utknął w grząskim trawniku, bo wpadł na pomysł, by zawrócić między drzewami, zamiast cofnąć bitą drogą kilkanaście metrów.

Dalsza część dnia to prawdziwe wakacje. Spacer do wielkiego głazu narzutowego Didysis Dzūkijos Akmuo. Jedzenie mirabelek i papierówek zebranych w sadach wioski Vangelonys. Przejście przez las do Lankos. Drogę pokazuje nam mieszkaniec sadyby, sczapiony z hamaka. Próbował najpierw tłumaczyć, jak mamy iść, wreszcie machnął ręką, sam nas poprowadził.

Jagody, maliny, jeżyny. Czy nikt prócz nas ich nie zbiera? Beata zrywa naręcze kwiatów wierzbówki. Kobitka w chustce, wracająca z kurkami, mówi, że dobra z nich będzie herbatka, iwan czaj.
- Mam swoją herbatkę! – cieszy się Beata.

W Lankos jest źródło mineralne. Kieruje nas do niego kolejny tubylec. Chłopcy w spodenkach śmigają na plastikowych samochodzikach w dół ze skarpy w stronę Niemna, spaleni słońcem. Idziemy w tym kierunku.

O wyprawie Polaków do źródła w Lankos będą w przyszłości opowiadać legendy. Źródło to żelaziste, pod drzewami skryte, zasila stawik gęsto zarośnięty, z niego woda przez zarośla przemyka do Niemna. Polacy, co przyszli je zobaczyć, to dopiero osobliwość. Stan otoczenia źródła wskazuje, że zachodzi do niego co najwyżej najbliższy gospodarz, a i on nieczęsto, lecz już nie jego beczące owce.

Jakże smakuje piwo przy sklepiku w Nemunaitis po tej wiekopomnej wyprawie!

Promujemy się kajakami, Ilona, Jerzy, Beata i ja, na drugi brzeg Niemna i kąpiemy w jeziorku pośrodku łopaty zakola. W tym jeziorku Korzon przed dwudziestu laty widział kąpiącą się nagą świteziankę. Nagą albo nienagą, nie miał okularów. Woda jest ciepła, aksamitna, nie taka jak w Ūli. Można byłoby się w niej pławić i pławić.

Słońce zachodzi za borem, za rzeką. Taki tam spokój

Ognisko ostatnie kończymy jak zwykle we czworo, Tomek, Beata, ja, no i gitara.

***

Budzi nas deszcz. Zwijamy się wśród kropel. Dobrze, że wczoraj zapakowaliśmy na przyczepę kajaki. Wracamy.

Ilonka mówi, że mimo wysiłku nabrała sił. Na początku spływu tak była pracą zmęczona, że ciągle spała.
- Biegłam zaraz do namiotu i lulu, mały królu!

A teraz marzy już o kolejnym wyjeździe. Może niekoniecznie na spływ. Na spływ – za rok!

Informacje

Spływ zorganizowany przez Włocławski Klub Wodniaków PTTK odbył się w terminie 20 – 30 lipca 2023 na kajakach przywiezionych z Polski, bagaże na trasie były przewożone w kajakach. Koszt wynajęcia kajaka na miejscu na 10 dni wraz z dowiezieniem go na start i z mety to 140 euro.

ŪLA
Trudność ZWB-ZWC, uciążliwość u3, malowniczość***.

Kilometraż:

57,8
Dubičiai, przy moście na prawym brzegu rzeki dogodne miejsce wodowania kajaków, można także biwakować. We wsi sklep, kościół drewniany i pomnik bitwy z 1863 r. Początkowo rzeka płynie przez łąki, częściowo uregulowanym korytem.
54,9
Most na drodze szutrowej, rzeka wije się wśród łąk otoczonych lasem.
47,5
Most we wsi Krokšlys, za nim kolejny; za wsią na prawym brzegu miejsce biwakowania.
40,7
Jezioro Ūla. Na półwyspie między rzeką a jeziorem pole biwakowe z dojazdem drogą leśną. Kolejne pole biwakowe z dobrym dojazdem szutrówką przy wypływie rzeki z jeziora. Aby biwakować, trzeba się zgłosić (podane są numery telefonów), koszt 5 euro od osoby. Miejsce zaznaczone na mapach nad jeziorem jako biwak (na zachodnim brzegu) jest tylko miejscem odpoczynku, biwakowanie tam jest zakazane.
38,2
Rudnia, most, za nim wysoki próg, przenoska lewą stroną ok. 50 m. Nie ma tu sklepu!
29,9
Mostek we wsi Kašetos.
28,2
Pauosupe, ujście rzeczki Uosupis. Można tu zwiedzić dom litewskiego pisarza Anzelmasa Matutisa, tzw. Barć.
25,2
Początek Dzukijskiego Parku Narodowego - na prawym brzegu widoczna tablica informacyjna. Od tego miejsca konieczne jest posiadania biletów na spływ kajakowy Ūlą, a biwakowanie dozwolone jest tylko w miejscach wyznaczonych. Pierwsze miejsce na biwak wkrótce, z prawej strony, bez dojazdu.
20,1
Mostek we wsi Zervynos. Warto zobaczyć wieś z drewnianą zabudową i cmentarz z drewnianymi nagrobkami. Na lewym brzegu przy drodze prowadzącej od mostku wypożyczalnia kajaków Baidarių nuoma Zervynose, gdzie kupuje się bilety do Dzukijskiego Parku Narodowego. Zamówić trzeba je wcześniej, na konkretny dzień, kontaktując się telefonicznie lub mailowo. Można zjeść tam lody, być może też zorganizować biwak.
19,0
Most kolejowy na trasie Wilno - Marcinkonys, bystrze.
14,4
Mančiagire, most, około kilometr przed nim biwak z lewej strony.
11,2
Ūlos akis – Oko Ūli. Kładka. Warto podejść stromymi schodami na taras widokowy oraz zobaczyć tytułowe Oko Ūli – wywierzysko położone 3 metry nad lustrem rzeki. Miejsce do wysiadania z kajaków 100 m za kładką z lewej strony.
7,5
Žiurai, most, z prawej miejsce na biwak z dojazdem.
5,8
Trakiškiai, most, na lewym brzegu duże pole biwakowe z dojazdem.
2,0
Pojedyncze zabudowania wsi Pauliai na prawym brzegu, bystrze, nad nim zwalone drzewa.
0,0
Ujście Ūli do Mereczanki.

MERKYS (MERECZANKA)
Trudność ZWB, uciążliwość u1, malowniczość***.

Kilometraż:

22,0
Ujście Ūli do Mereczanki.
15,0
Tor slalomowy na rzece, przy nim pole biwakowe z dobrym dojazdem na lewym brzegu, za nim ujście rzeki Gruda. W pobliżu wieś Puvočiai ze sklepem.
3,0
Most drogowy na trasie A4 Druskienniki - Merkine, przed nim wyznaczone pole biwakowe na prawym brzegu z dojazdem drogą leśną.
0,0
Mereczanka wpływa do Niemna.

NEMUNAS (NIEMEN)
Trudność ZWA-ZWB, uciążliwość u1, malowniczość**

Kilometraż:

419,0
Ujście Merkys do Niemna, most drogowy. Pod nim pole biwakowe na prawym brzegu. Warto zobaczyć miasteczko Merkine, w którym zmarł Władysław IV Waza. Są w nim sklepy i restauracje. Wzgórze zamkowe, tzw. Góra Królowej Bony - doskonały punkt widokowy. Kościół gotycko - renesansowy. Dawna synagoga. W lesie kirkut oraz masowe mogiły pomordowanych Żydów. Na rynku muzeum w d. cerkwi i makieta zburzonego ratusza.
406,1
Druskininkai, nieduże miejsce biwakowe na prawym brzegu rzeki z dojazdem.
383,0
Głaz narzutowy Klebono uola znajdujący się w korycie rzeki, z prawej Nemunaitis, sklep, kościół.
382,0
Na końcu wsi Nemunaitis z prawej strony miejsce odpoczynku z wiatą i miejscem na ognisko, można biwakować, w pobliże można dojechać samochodem i zakończyć spływ (trzeba donieść kajaki około 100 m).

Autor: Tomasz Andrzej Krajewski