WKW PTTK

Z WARMII NA BARCJĘ, ALBO DO PRUS - Symsarna, Elma, Łyna - 2023

Z WARMII NA BARCJĘ, ALBO DO PRUS - Symsarna, Elma, Łyna - 2023

Przy rondzie na opłotkach Bartoszyc stoją dwie nieduże granitowe postacie. Patrzą w stronę Kętrzyna, dzieli je kamienna misa chrzcielna albo inna rytualna. To baby, pozostałe po Prusach, poprzednich mieszkańcach tych ziem. Taka jest przeważająca opinia, choć są też głosy, że dziełem są Krzyżaków, pruskich eksterminatorów i mogły wyznaczać zasięg ich podbojów. Baby bartoszyckie znane są w źródłach pisanych od kilku wieków i mają nawet imiona. Bartel ma rysy z gruba ciosanego woja, w ręce trzyma róg, pełen trunku zapewne. Gustebalda głowę ma naderwaną, detale zatarte.

Legenda mówi, że Gustebalda miała alians z wiatrem. Opowiadał jej wszystko, co widział. Była znawczynią świata. Nie wolno jej było tylko zdradzić, skąd wiedzę swą posiada. Jeśli powie, w kamień się zamieni. Tak postanowił Rybi Król, władca Łyny. Gustebalda uratowała mu życie, a on w zamian obdarował ją zdolnością wysłuchiwania wiatru. Pewnego dnia wiatr powiedział jej o rycerzach z południa, którzy mordują wszystko żywe. Współplemieńcy nie chcieli w to wierzyć. Po co zabijać wszystko? Gustebalda wydała wreszcie źródło swojej wiedzy, może to ludzi przekona, i natychmiast w kamień się obróciła. Na nic się to zdało, i tak nikt jej nie uwierzył. A rycerze przybyli i wszystkich wyrżnęli, ludzi, zwierzęta, a domy spalili. Tylko skamieniała Gustebalda na zgliszczach pozostała.

Pozostały też nazwy. Od pruskiego plemienia Bartów pochodzi nazwa miasta Bartenstein, po polsku - Bartoszyce. Z kolei tereny, zamieszkiwane dawniej przez Bartów, to historyczna Barcja.

Symsarna i Łyna

Prognozy zapowiadały majówkę zimną i mokrą, a nawet bardzo mokrą. Jednak, jak mawia Bartek, w samym wyrazie „prognoza” zawarta jest niepewność. Wybraliśmy się zatem na spływ w sześcioosobowym gronie włocławsko-warszawskim z zamiarem pokonania Symsarny i Elmy, dopływów Łyny, w oparciu o biwak założony nad zalewem w Wojdytach, zwany oficjalnie przystanią kajakową Rogóż. Mając na względzie prognozy, chętnie zakotwiczylibyśmy w jakiejś agroturystyce, ale wszystkie obiekty noclegowe były nieczynne z powodu pandemii Covid-19. Oficjalnie, jak miało się okazać.

Noc była zimna, ale dzień zapowiadał się pogodny. Wywieźliśmy się na Symsarnę do mostu koło wsi Klutajny. Wkrótce po starcie pierwsza zwałka, klasyczna, szkoleniowa, tak ją Ewa nazwała. Potem kolejne, choć nieczęste. Dla nas w sam raz, bo Maciek, dotąd raczej spadochroniarz, dopiero oswajał się z krótkim kajakiem. Płynęliśmy sprawnie do Medyn. Tam w głębokim jarze rzekę zastawia młyn ceglany. Jak go obnieść? Z lewej płot od jazu sięgał stromej skarpy, z prawej wyjście było łagodne, ale na teren ogrodzony z każdej strony poza rzeką. Dywagowaliśmy, co zrobić, gdy od młyna nadszedł starszy mężczyzna.
- A ten, co was puszczał, nie powiedział, że tu są problemy z obnoską?
- Nikt nas nie puszczał.
- To skąd kajaki macie?
- Własne. Jak inni sobie radzą?
- Z mostu na kolejny wożą kajaki kilka kilometrów.
- Nie ma w Internecie informacji o tym. Nigdzie nie ma. Kto to tak zagrodził?
- Wody Polskie. Im możecie podziękować. Macie szczęście, że dziś akurat tu jestem.

Mężczyzna otworzył nam furtkę na kładce nad jazem i z ogrodzonego terenu na brzegu prawym wypuścił na lewy brzeg, nad dolną wodę. Zwodowaliśmy się wśród przylaszczek, zawilców, kokoryczy i śledziennic. Jakże runo pięknie mieniło się barwami!

Za Medynami jest pierwszy przełom Symsarny. Nurt silny, bystrza i drzewa. Pod jednym z nich Michała postawiło w poprzek. Kajak szedł pod pień, chłopak pień obejmował, fartuch nie puścił. Zdołaliśmy z Bartkiem Michała wypchnąć. Niemiłą miałby przygodę, gdyby go pod drzewem przemieliło i z drugiej strony wypluło.

Kolejna obnoska przy elektrowni w Dębowie. Mało wygodna, stroma, wyboista, dobrze, że możliwa. Architektka Ewa zapowiedziała, że trzeba wywalczyć to, by prawo nakazywało przy każdym spiętrzeniu zapewnić przepływ albo – plan minimum - dogodną drogę do przenoszenia kajaków. Prawo budowlane reguluje takie szczegóły, jak wysokość progów w mieszkaniach i szerokość drzwi, a przy wznoszeniu budowli wodnych - pełna dowolność. Tak być nie może!

Drugi przełom Symsarny, bardziej bystry i bardziej zwałkowy, jest przed Lidzbarkiem Warmińskim, prawie w miejskim parku. Ludzie spacerowali dróżkami, a my w kajakach skakaliśmy po drzewach jak małpki w zoo.

Na Symsarnie tuż przed połączeniem z Łyną jest elektrownia wodna. Przepływu nie ma. Aby osiągnąć ujście, trzeba przedostać się z Symsarny na fosę zamkową, kawałek popłynąć, z fosy przenieść się na Łynę, kawałek popłynąć, przenieść się przy elektrowni na Łynie i wreszcie jest – ujście Symsarny.

Zjazd w kajakach ze skarpy do fosy był fajny, bo skarpa jest wysoka.

Biwak w Rogóżu osiągnęliśmy o siódmej wieczorem. Zanim z Ewą sprowadziliśmy samochód zostawiony na starcie, słońce zaszło. Przy ognisku zaproponowałem, by zmierzyć się następnego dnia z górnym odcinkiem Symsarny. Będzie krótszy i zapewne mniej uciążliwy od Elmy, a prognoza pogody fatalna. Niech więc tak będzie…

Nie padało, gdy dojechaliśmy na start poniżej młyna w Potrytach. Potryty to malownicza wioska, droga kocimi łbami schodząca do stawu i młyna ceglanego, przy niej domy murowane i drewniane. Jak scenografia filmu o zdarzeniach sprzed stu lat. Pierwsze nieśmiałe krople spadły, gdy wracaliśmy z Ewą po odstawieniu jednego samochodu na metę do Klutajn. Droga wiodła po pagórach, niekiedy tak wypiętrzonych, że jadąc grzbietem patrzyliśmy z góry na skrzydła szybującego nad położonymi w dolinie polami drapieżnego ptaka.

Górskawa w charakterze rzeczka zwiozła nas na jezioro Blanki. Wydawało się spokojne. Piwo otworzyłem, delektować się zamierzałem, naiwny. Zaraz za trzcinami fale nas dopadły, wiatr dął z północy a my na północ się kierowaliśmy. Piwo szybko dopić musiałem, fartuch zapiąć i z żywiołem się spierać. Mały kajak plus wiatr nawet na małym jeziorze równa się morze. Okulary dostawały bryzgi co falę.

Na rzeczce za jeziorem równiutko siąpiło. Kilka zwałek, przenoska przy elektrowni w Makowie, wśród trzcinowisk na jezioro Symsar. Deszcz padał już regularnie. Las, rosochate wierzby na brzegach. Lało, gdyśmy spływ kończyli w Klutajnach. Pojechaliśmy z Ewą po samochód do Potryt, a reszta ekipy czekała w kajakach pod mostem. Czterdzieści minut. Lało, gdy ładowaliśmy na dachy łódki. Wszystko było mokre, nawet nie było warto się przebierać, tylko karimatę lub folię na siedzenie rzucić.

Ociekając wodą zajechaliśmy na stację benzynową w Lidzbarku, kawę wypić, zjeść coś ciepłego i ogrzać się. Ogrzać! Nie dość, że wiatr i deszcz, to jeszcze temperatura spikowała do czterech stopni. Może udałoby się jednak załatwić nocleg pod dachem? Sprzedawczyni poleciła nam pensjonat nad jeziorem. Zajechaliśmy. Właściciel obiektu zaoferował nam podszytą wiatrem wiatę z oknami z pleksi. Czasem latem rowerzyści w niej nocują, ci z greenvelo. Pokoje były zajęte przez „rodzinę”, czyli turystów na nielegalu. Agata dzwoniła w inne miejsca. Były nieczynne albo zajęte przez „rodziny”. Wreszcie dodzwoniła się do Kotowa. Męski głos odpowiedział, że wprawdzie jego agroturystyka jest oznakowana na mapie Google, ale to nieprawda, bo dopiero ją urządza. Ale może nam ten dom udostępnić. Wprawdzie na posadzce szlichta i nic więcej, ale ogrzewanie chodzi, bo tynki schną. Skoro mamy materace i śpiwory, to może nam starczy…

Spędziliśmy noc w murach remontowanego dawnego gospodarstwa w Kotowie, wdychając zapach cementu. Na dworze rozpoczęła się zawieja, przybyła z animuszem zima, świat zasypała śniegiem. Nocleg bardzo się nam podobał. Siedząc wokół stołu z paczek styropianu urządziliśmy parapetówkę albo raczej – odnosząc się do tego, co za oknem – majowego Sylwestra. To zabawa szalona, kiedy piją zdrowie, ludzie szersi w ramionach i mocniejsi w głowie!

Nie było rano ducha na płynięcie. Śnieg topniał, wiatr, po kostki błoto. Po odśnieżeniu samochodów pojechaliśmy zobaczyć Elmę. Rwała, wezbrana roztopową wodą.
- Taka rzeka błędów nie wybacza – powiedział Agata. – Ale widzę, Tomek, że ty byś popłynął.
- Żebyś wiedziała. Nie znam nikogo, kto by nią płynął. Ale dziś nie jesteśmy na to przygotowani.

Rozstaliśmy się w Lidzbarku po spacerze po mieście, będącym w przeszłości rezydencją biskupa warmińskiego, który był też księciem. Warmia, składająca się w przeważającej części z ziem zamieszkiwanych przed podbojem chrześcijańskim przez pruskich Warmów, była osobnym państewkiem w ramach najpierw państwa krzyżackiego, a potem Rzeczpospolitej, rządzonym niemal absolutnie przez swojego biskupa, będącego zarazem księciem Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Ostatnim z owych książąt-biskupów był Ignacy Krasicki , znany ze szkoły każdemu polskiemu dziecku bajkopisarz. Kres biskupiemu księstwu położyły rozbiory. Warmia podzielona na powiaty stała się częścią Prus. W Lidzbarku do dziś pozostał po biskupach świetny gotycki zamek z krużgankowym dziedzińcem, a po Krasickim biała klasycystyczna oranżeria, do której z poziomu Łyny prowadzą po stromej skarpie wielobiegowe schody.

Mimo parszywej pogody drugiego dnia udany spływ nas spotkał. Tylko Elmy było mi żal.

Elma i Łyna

Dwa lata później trafiliśmy znów do Kotowa. Było nas trzech, Stasiu, ja i Michał, w tej kolejności zarówno według wzrostu jak i wieku. Zatrzymaliśmy się w domku na Przystani Ramotowo. Z werandy widać zakole Łyny. Nocą słychać jej szum, gdy przepływając ociera się o brzeg, zeszłoroczne trawy i zatopione gałęzie. W takim miejscu mieć dom, z rzeką na wyciągnięcie ręki, to marzenie każdego wodniaka. Nie bójmy się tego powiedzieć! Stasiu się nie bał. Przystań należy do Zbyszka i Dorotki. Poprzednio prowadzili stanicę wodną w Sorkwitach. Dzień dobry bardzo! Natychmiast znaleźliśmy z nimi wspólny język. Marzenia udaje się spełnić, jeśli się mocno chce…

Nasi gospodarze powiedzieli nam, że podobno ktoś Elmą płynął, ale oni nie płynęli i tego nie widzieli.

W sobotę Dorota zawiozła nas na most między Piasecznem a Kaniami Iławeckimi. Elma płynęła pod nim głębokim korytem o brzegach porośniętych trawami. Meandry rozcinały płaską dolinę z łąkami i niewielkimi laskami. Taki krajobraz towarzyszył nam do pylonów zniszczonego jazu. Za nimi las coraz częściej zaczął dochodzić do wody, by wreszcie niepodzielnie oba brzegi opanować. Elma przyspieszyła, z szumem zjawiły się bystrza, częstsze stały się zwalone drzewa. Zagłębialiśmy się z każdym zakrętem w teren, brzegi wypiętrzyły się w zbocza jaru. Słonko przeświecało niewielkie jeszcze listki, miodunki i ziarnopłon rozjaśniały runo. Dobrze nam było… Wreszcie woda zaczęła wytracać prędkość, rozlała się szerzej, rzeka przeszła w kręty staw przed elektrownią w Koniewie. Na brzegach co i rusz tablice: ZAKAZ PRZEBYWANIA NA TERENIE PRYWATNYM WOKÓŁ ZBIORNIKA. Wyraźny manifest niechęci do wędkarzy. Samo życie, jak mawia Stasiu. Ale my także musieliśmy wysiąść na ów teren prywatny, na groblę przy elektrowni, by przenieść kajaki. Psy jednak nie wybiegły, nikt do nas nie strzelał, nawet nie wyszedł z pretensją. Popłynęliśmy dalej.

Pod mostem, z którego oglądałem Elmę przed dwoma laty, stan wody był niższy o pół metra. O ile wówczas rzeka wydawała się groźna i rwąca, to teraz była tylko bystra.

Od ujścia przechodzącą w zalew Łyną dotarliśmy do zapory wodnej w Kotowie. Wyznaczono przy niej przenoskę lewym brzegiem. Nad dolną wodę zejść tam można tylko po ujętych w stalowe siatki gabionów ostrych kamieniach, kilka metrów stromo w dół. Nasze małe kajaczki jakoś spuściliśmy, ale wyobraziliśmy sobie parę wędrującą z dzieckiem i bagażami kanadyjką albo jeszcze lepiej składaczkiem. Oni mogliby na takiej przenosce chyba tylko usiąść i płakać.

Zbyszek powiedział nam potem, że trzeba było przenosić się prawą stroną. Tyle, że przenoska oznaczona jest po stronie lewej…

Etap zajął nam siedem godzin.
- Jak było? Ile wywrotek? – powitali nas gospodarze.
- Żadnej.
- To co to był za spływ? Bez wywrotki?!

Wieczorem byliśmy ze Stasiem na urodzinach przyjaciółki gospodarzy. Odbyły się przy ognisku przed przyczepą kempingową nad samą Łyną. Były ciasta i nalewka, ale miało być też śpiewanie, a go nie było. Stasiu starał się rozruszać towarzystwo opowiadając o swoim barwnym życiu sternika wioślarskich czwórek, ósemek i smoczych łodzi, a potem poszliśmy spać.

W niedzielę popłynęliśmy ze Stasiem Łyną do Bartoszyc. Michał został na kwaterze, zmęczony życiem, jak to student. On już Łyną płynął, co chciał, osiągnął, pora się wyspać.

Łyna to duża i mocna rzeka, wartko pędząca głęboką doliną. Zbocza porozcinane wąwozami, popodcinane źródliskami. Na słonecznych skłonach kobierce zawilców żółtych i gajowych, rzadziej przylaszczek. Żurawie, pliszki, myszołów, zając, lis. Na krótki postój zatrzymaliśmy się w Perkujkach. Biwakował tu kiedyś Karol Wojtyła, płynąc Łyną, biwakowałem też ja. Pobyt przyszłego papieża upamiętnia kapliczka ze skrzyżowanymi wiosłami. Na stojaku przed nią leżał kiedyś odwrócony do góry dnem kajak, na takich ołtarzach mszę ksiądz Karol odprawiał, ale ktoś kajak zabrał.

Niepostrzeżenie wpłynęliśmy z Warmii na Barcję, opuszczając tereny Księstwa Warmińskiego wchodzącego w skład Rzeczpospolitej i wpływając do Prus Książęcych, później Królestwa Prus. Biegła tu gdzieś, kiedyś granica… Ślad po niej tylko na starych mapach… Dzisiaj Łyna rozcina granicę państwową kilkadziesiąt kilometrów dalej, za Stopkami. Państwa też są już inne, Polska i Rosja.

Nie chciało nam się schodzić z wody. Nadspodziewanie szybko dopłynęliśmy do Bartoszyc. Zbyszek jednak już po nas jechał.

Marudziliśmy trochę po rynku po tak zwanej rewitalizacji, czyli obróceniu go w betonową pustynię. Na jej skraju postawiono tablice ze zdjęciami , jak wyglądał przedtem. Zadrzewiony plac z ławeczkami i fontanną pośrodku. A dziś – betonoza. Przy gotyckim kościele zerknęliśmy na figurę Matki Boskiej z La Salette, siedzącej, twarz skryta w dłoniach, bolejącej nad światem, w którym miało nie być wojen, miał być koniec historii, a jednak wojny ciągle są a historia się toczy. Figurę naśladującą rzeźby Chrystusa Frasobliwego.

Wioząc nas z powrotem do Kotowa Zbyszek zwrócił naszą uwagą na kapliczki przydrożne. Pojawiły się nagle. Takie kapliczki to dziedzictwo kulturowe warmińskie, bo Warmia to kraina katolicka, a Prusy były protestanckie. Po kapliczkach można poznać, czyżeś na Warmii, czy też w Prusach lub na Mazurach. Poza Warmią ich po prostu nie ma.

Informacje praktyczne

Opisane spływy odbyli członkowie Włocławskiego Klubu Wodniaków PTTK oraz Towarzystwa KAJEL w dniach 30.4-3.5.2021 oraz 21-23.4.2023, używając własnego sprzętu, za drugim razem przy logistycznym wsparciu właścicieli Przystani Ramotowo w Kotowie.

Symsarna

Trudność ZWB – ZWC (WW I), uciążliwość u 4 – 5.

Orientacyjny kilometraż:
23,8 - Potryty, młyn
22,7 - jez. Blanki
20,0 - wypływ rzeki z jeziora Blanki
18,5 - Maków, most, elektrownia wodna
17,0 - jezioro Symsar
15,0 - wypływ rzeki
13,0 - Klutajny, most
7,0 - Medyny, most, za nim elektrownia wodna
3,0 - Dębowo, elektrownia
0,2 - Lidzbark Warmiński, most, za nim elektrownia wodna, przenoska w lewo przez fosą zamkową na Łynę

Elma

Trudność ZWB – ZWC (przy wysokiej wodzie WW I), uciążliwość u 4

Orientacyjny kilometraż:
15,5 - Piaseczno, most
11,5 - zniszczony jaz
7,5 - Jagoty, zarwany most
2,3 - drewniany mostek; zaczyna się kręty staw
1,5 - Koniewo, elektrownia wodna, za nią most drogowy
0,0 - ujście Elmy do Łyny

Łyna

Jedna z najciekawszych rzek pasa pojezierzy, trudność ZWA – ZWB (w przełomie przez Las Warmiński ZWC), uciążliwość do Dobrego Miasta u 3 (w Lesie Warmińskim u 6), niżej u2

Orientacyjny kilometraż:
259,5 - Brzeźno Łyńskie, most
253,8 - jezioro Łańskie
241,3 – most i elektrownia wodna za jez. Ustrych, przełom Łyny w Lesie Warmińskim (rezerwat przyrody, obecnie nie wolno nim pływać)
236,5 - Ruś, koniec przełomu, elektrownia wodna
221,1 – Olsztyn, most przy zamku, próg
216,0 - ujście rzeki Wadąg (p), za nim elektrownia wodna
210,1 – Brąswałd, elektrownia wodna
208,7 - jezioro Mosąg, za nim jaz
179,0 - Dobre Miasto, elektrownia wodna
171,7 - Smolajny, most
137,0 - Lidzbark Warmiński, mostek przy zamku, za nim most i elektrownia wodna; do prawej odnogi przy elektrowni uchodzi rz. Symsarna
135,5 - nieczynny kolejowy most kratownicowy
132,0 - kolejny most zlikwidowanej linii kolejowej; jezioro zaporowe
129,3 - biwak Rogóż
129,0 - Wojdyty, elektrownia wodna
127,5 - ujście rz. Elma
121,0 - Kotowo, elektrownia wodna
120,5 - Kotowo, most; po kilku minutach z lewej przystań Ramotowo
113,9 - Perkujki, pole biwakowe
104,9 - Bartoszyce, mosty drogowe w centrum
81,9 - Sępopol, most, za nim ujście rz. Guber
70,5 - Stopki, ostatnie pole biwakowe w Polsce
66,0 - granica Polski i Rosji
54,0 - Prawdinsk (d. Frydlant), elektrownia wodna
33,5 - Kurortne, elektrownia wodna
23,5 -ujście Kanału Mazurskiego, nieukończonego, prowadzącego w stronę jeziora Mamry
2,5 - Znamiensk, elektrownia wodna
0,0 - ujście Łyny do Pregoły, którą jeszcze 64,5 km jest do Kaliningradu (d. Królewca lub Königsbergu) i do Bałtyku

Autor: Tomasz Andrzej Krajewski