WKW PTTK

Rzeki zapomnianego księstwa - Abava, Venta, Naba, Irbe - 2022

Rzeki zapomnianego księstwa - Abava, Venta, Naba, Irbe - 2022

W 1627 roku w Lejdzie, w znanej w całej Europie oficynie wydawniczej rodziny Elzevier, ukazała się niewielkiego formatu książeczka. Rodzina Elzevier miała pochodzenie imigranckie i żydowskie, lecz obecnie nazywa się ją holenderską z tej prostej przyczyny, że Lejda znajduje się w Niderlandach. Książeczka była jedną z serii 35 poręcznych kompendiów o krajach ówczesnego świata i nosiła tytuł „Respublica, Sive Status Regni Poloniae, Lituaniae, Prussiae, Livoniae, etc.” Rzeczpospolita, inaczej państwo Królestwa Polski, Litwy, Prus, Liwonii…

Gdzie ty jesteś, Liwonio?

Liwonia, kraina Liwów. Liwowie, krewniacy Finów i Estończyków, zamieszkujący wybrzeże Bałtyku w okolicach Zatoki Ryskiej. Zmieliły ich żarna historii. W średniowieczu zostali podbici przez niemieckich Brüder der Ritterschaft Christi von Livland, którzy założyli tu własne państwo. Przechodząc różne koleje losu przetrwało ono do 1561 roku, gdy ostatni z mistrzów tego rycerskiego zakonu Gotthard Kettler złożył hołd Zygmuntowi Augustowi i otrzymał w lenno część ziem jako Księstwo Kurlandii i Semigalii. Pozostałe tereny zakonnego państwa jako Inflanty stały się przedmiotem rywalizacji Polski, Moskwy i Szwecji. Wówczas już Liwów mieszkało na tych terenach niewielu. Ich miejsce zajęli Łotysze; z potomków niemieckich rycerzy powstała miejscowa szlachta. Księstwo Kurlandii i Semigalii uległo likwidacji wraz z Rzeczpospolitą. Liwonia stała się rosyjską prowincją, a dziś stanowi część Łotwy. Próżno szukać jej na współczesnych mapach, Liwów zaś prawie nie ma.

Abava

Słońce wznosi się nad horyzontem. To już ranek, choć dopiero co się zmierzchało. Długo jest tu jasno, nawet o północy, to sprzyja długiemu wieczornemu przesiadywaniu.
- Dzień dobry! Jaki mamy ładny dzień! Jak mawiał Marian: wypływamy! Powiem wam, jaki błąd popełniamy. Idziemy spać nie według czasu, a według słońca. A ono nie zachodzi za szybko. A wstajemy według czasu. Dlatego jestem taki skotłowany – z namiotu wynurza się Korzon, chodzi, gada. Koniec spania!

Na spotkanie z Abavą wyruszamy spod kamiennego arkadowego mostu w Kandavie. Obok niego jest rzeźba żołędzia i małego żołądka w kajaku. Rzeźba symboliczna, bo dęby to narodowe drzewa Łotyszy, narodu puszcz, pradawne, przedchrześcijańskie. Rzeka początkowo bardzo meandruje przez mokradła i lasy. Tańczy nad nią mnóstwo ważek, zwłaszcza świtezianek, wirują granatowe skrzydełka, chabrowe tułowia. Nurt jest nikły. Przyspiesza na krótko za nie ukończonym mostem, zbrojenia między nośnymi belkami nie zalane, niebo przez nie widać. Mroczne świerki sterczą wśród gęstej zieleni. Mapa obiecuje, że sto metrów od wody jest Diabelska Skała. Podmyty brzeg tworzy stromą skarpę. Wydrapuję się na nią z trudem i staję przed łąką gęstą, po pas wyrosłą, i stromym gliniastym zboczem, błotnistym od niedawnych deszczy. Odchodzi mnie ochota na wszelakie skały…

Kończymy etap w Drubazas, gdzie biwakujemy na terenie winnicy, jednej z najdalej wysuniętych na północ. Jej gospodarz, bardzo szczupły, koło trzydziestki, chętnie z nami rozmawia. Zaprasza nas też na degustację. Z jednego krzaczka może uzyskać jedną butelkę, a krzewów winorośli ma sześćset. Smaczne są czerwone wina z miejscowej odmiany winogron, ale najbardziej zachwycają owocowe, rabarbarowe albo agrestowe.

Winnica daje mu utrzymanie, ale zamierzenia ma rozmaite. Ma kemping, staw z pstrągami, a za drogą, na wilgotnych zboczach doliny odtworzył łąkę storczykową i wytyczył ścieżkę dydaktyczną. Pięć gatunków storczyków występowało na niej i wcześniej, ale jest ich więcej i łatwiej je dostrzec, odkąd usunął trochę drzew i wypasa krowy specjalnej niewielkiej szkockiej odmiany, które nie niszczą delikatnych bagiennych zboczy a wyjadają zbędne rośliny. Krowy te, z powodu biało-czarnego pasiastego futra zwane przez niektórych pandami, dzieci mówią na nie oreo, dają też mleko. A storczyki kwitną od kwietnia do lipca, my możemy zobaczyć dwa kwitnące gatunki, z czego jeden pięknie pachnie.

Zanim rozpalimy ognisko, jeździmy radośnie przez rzekę, tam i z powrotem, na tyrolce, będącej jedną z atrakcji naszego biwaku.

Kolejnego dnia przepływamy z Drubazas przed Rendę, do sioła Avoti, a dokładnie do bazy kajakowej Juraslaivas. Planowaliśmy popłynąć dalej, ale właściciel pola namiotowego za Rendą zażądał po 10 euro od osoby (dwakroć tyle, co w Drubazas) i załatwiłem telefonicznie wcześniejszy nocleg. Okazało się na miejscu, że stromo pod górę, bez bieżącej wody i elektryczności, za to tanio.

Dzień mniej obfituje w owady, pełno jest natomiast zimorodków i brodźców. Te ostatnie rześko chmarami zmykają przed kajakami. Z pieńka na pień, z suchej gałęzi nadwodnej na gałąź. Lasy pełne są dębów i ponurego kolorytu dodających świerków . Lipy aż tętnią od owadów, pełne są pszczelego brzęku, wydaje się, że ich liście drżą.
- Taki las wielogatunkowy, wtedy rośliny dają sobie radę, uzupełniają się. Nie to, co w monokulturowej uprawie – zachwyca się Mastal.

Mijamy kolorowe miasteczko Sabile. Dachy spiętrzone nad rzeką, wyremontowana fasada starej synagogi odbija się w rzece. Do brzegu dobijamy przed Abavas Rumba, wysokim tylko na metr, ale szerokim aż na metrów trzydzieści wodospadem. Spławiamy łódki przy prawym brzegu, tylko Michał spływa w miejscu, którym przelewa się najwięcej wody. Choć lekki, uderza rufą jedynki o próg. Leszek kąpie się później pod wodospadem i melduje, że poniżej widocznego progu jest jeszcze pod wodą sześć progów ukrytych.

Abava zaskakuje mnie tym, że najczęściej nie płynie. Rdzawa, brunatna woda stoi tworząc wąskie, długie plosa. Jedynie co kilka kilometrów przyspiesza i wtedy zdarzają się nawet bystrza. Jakby na całej długości składała się z oddzielonych długimi poziomymi odcinkami progów.

W Rendzie odwiedzamy sklep, a przy okazji wodospady na dopływie Abavy, rzeczce Ivande. Są trzy, może niewysokie, za to śliczne, dzikie, energetyczne. Wysoki stan wody, jaki zastaliśmy też na Abavie, dostarczył im majestatu i pędu.

Następny dzień to rozstanie z autobusem i naszym kierowcą Grześkiem. Pakujemy do kajaków namioty i biwakowy sprzęt i wpływamy w najbardziej odludny odcinek rzeki. Za Rendą nie ma już nad Abavą żadnej ludzkiej osady, jest las, o wyjścia na brzeg ogólnie trudno. Ola i Mariusz doświadczają filmu przyrodniczego. Zimorodek łapie przy nich rybę, za duża, puszcza ją, łowi kolejną, na gałęzi siada, uderza kilkakroć rybą o gałąź, kajak oblatuje dookoła, aż krople na burty lecą i w dal umyka.

Biwakujemy na dziesiątym kilometrze od ujścia. To najlepsze miejsce do lądowania na całej Abavie, piaszczysta plażyczka, do której naraz mogą dobić wszystkie nasze łódki. Świetne miejsce do kąpieli. Łąka równa, miejsce na ogień, choć ogólnie dziko, zasięgu telefonów brak. Tylko w lesie mnóstwo „papierzaków”, to jedyny mankament. Nasi poprzednicy nie mieli ze sobą saperki.

Ostatni odcinek Abavy jest inny niż poprzednie, bo częste są skały na brzegach. Uroczy jest zwłaszcza długi klif Lejeju. Turyści poryli na nim imiona, inicjały, daty, cyrylicą i łacinką, a woda szoruje po nich i pamięć piaskowca zaciera.

Podziwiamy delikatne kobierce przytulii, jej liczne, niewielkie, białe kwiatki stanowią tło dla kwiatów większych i bardziej kolorowych, gdy za zakrętem zjawia się odległy brzeg. To już Venta!
- Ładniejsza była od Gauji! – ocenia Abavę Alinka. A Alinek byle co nie zadowala.

Venta i Naba

Venta jest kilkakrotnie szersza od Abavy i też nie niesie. Brak nurt dokucza jednak wielekroć bardziej. Z nieba leje się skwar, siedzimy na wodzie jak na patelni. Venta jest szeroka i nudna, krótko mówiąc, nie zachwyca.

Venta jest kilkakrotnie szersza od Abavy i też nie niesie. Brak nurt dokucza jednak wielekroć bardziej. Z nieba leje się skwar, siedzimy na wodzie jak na patelni. Venta jest szeroka i nudna, krótko mówiąc, nie zachwyca.

Po nużącym wiosłowaniu wśród trzcinowiska odnajdujemy ujście rzeczki Naby i kierujemy się nią pod prąd na jezioro Nabas. Biwakujemy tam na kempingu Nabite. Kąpiemy się w ciepłym jeziorze, dojeżdża do nas Grzesiek, a za nim zjawia się burza. Zanosiło się na nią od dawna, gdzieś w oddali mruczała, wreszcie jest i leje. Pioruny walą tak, że dwakroć huk słyszymy błysk widząc. Zosia i Wera aż podskakują na ławce pod wiatką!
- Nie na taką pogodę się zapisałem. Ja reklamuję taki spływ! – mówi Leszek.

Leszek nad Abavą znalazł plecak, a nim w kilka konserw i paszport, łotewski, aktualny. Nazwisko wpisane w wyszukiwarkę doprowadza nas do ryskiego piłkarza. Piszemy do niego wiadomość po angielsku, zawiadamiając o znalezisku. Czy i kiedy odpowie?

Mieliśmy zamiar popłynąć Ventą z Kuldigi do Nabite, ale zniechęciła nas. Jedziemy do Kuldigi bez kajaków, z parkingu przez miasteczko o jednolitej stylowo zabudowie i długi ceglany, arkadowy most docieramy do wodospadu Venty. Ludzie kąpią się przy nim, skaczą z progu do głęboczka poniżej. To podobno najdłuższy wodospad w Europie, 249 metrów długi, choć nie wyższy niż dwa metry. Na skarpie ponad nim wznosi się dwupiętrowy, drewniany budynek z balkonikami pod dachem. W 1900 roku pełnił rolę rosyjskiego pawilonu na Wystawie Światowej w Paryżu. Po jej zakończeniu został zdemontowany i przeniesiony na obecne miejsce, zapewniające romantyczny widok na wodospad. Obecnie mieści się w nim lokalne muzeum. Zwiedzanie tego dnia jest darmowe, a na gości czeka pyszna lemoniada. Park w pobliżu rośnie tam, gdzie wznosił się największy z zamków niemieckich Kawalerów Mieczowych, w latach późniejszych siedziba kurlandzkich książąt. Dziś pozostała po nim głównie pamięć miejsca.

Po powrocie płyniemy z Nabite krótką rzeczką Nabą na sąsiednie jezioro Mazais Nabas i z powrotem. Dzioby kajaków rozchylają główki grzybieni i grążeli, rybitwy piszczą, białe czaple przy trzcinach sterczą. Ciemne chmury słońce sztyletami rozcina, to znów niebieskie niebo kłębiaste obłoki pasie. Na kempingu zaś trwa weekend. Wszystkie domki są zajęte. Zewsząd dobiega ruskie disco, ruski rock. Rytmiczny łomot, ludzie starają się muzykę z głośników przekrzyczeć. Karaoke.
- Ten gatunek się u nich nazywa szanson - stwierdza Arek.

Gdy imprezy wygasają, my śpiewamy przy gitarze.

Venta uchodzi do Bałtyku w Windawie, po łotewsku w Ventspils. Centrum jest wyludnione, ulice i place puste. Drewniane często domy, domy prowincjonalnego portu na krańcach Cesarstwa Rosyjskiego. Rzeźby krów są od ludzi częstsze. Jest krowa różowa, krowy okrętowa, w płetwach i podróżniczka, jest nawet krowa policjantka. Obecny port jest bliżej ujścia, a prawdziwe miasto dookoła starego. Osiedla z białawej cegły, nieotynkowane, nieocieplone. Podobne są w pozostałych byłych republikach radzieckich. Paręnaście nowocześniejszych budynków. Tu ludzi jest pełno, w kafejnicach i pizzeriach zajęte są wszystkie krzesła. Część ulicy wygrodzono i na wytyczonych w ten sposób boiskach młodzież gra w unihoka i kosza. Ghetto Games, tak się nazywa ta impra.

Kupujemy gotowe gorące potrawy na stoisku gastronomicznym w supermarkecie Rimi i jemy obiad przed sklepem w towarzystwie mew i kaczek, które wydreptały ku nam z wody jak stado zgłodniałych, żebrzących psów. A potem żegnamy się z Ventą.

Irbe

Szosa w stronę Irbe biegnie równolegle do Bałtyku. To kilkadziesiąt kilometrów odludzia, nie ma wsi, chaty choćby, rzadkie są nawet zakręty. Długie proste odcinki prowadzą przez las, nie mijamy żadnego samochodu. Trudno się przyzwyczaić do tej pustki. Dojazd od szosy do Bałtyku prowadzi najpierw ubitym traktem, potem krętą drogą leśną. Czasem trzeba rozgarniać gałęzie, by autobus przejechał, a na ostatnim odcinku wręcz toporkiem kilka odrąbać. Jedną sosnę na zakręcie pojazd przechylony na nierówności mija o centymetry.
- Chapeau bas! – mówi Arek na koniec, gdy bijemy Grześkowi brawo.

Pole biwakowe znajduje się w lesie nad ujściowym odcinkiem Irbe. Spod drzew widać rzekę, za nią wąska piaszczysta kosa i morze. Miejsca dla takiej grupy jak nasza nie ma wiele, bo wypoczywa tu pod namiotami sporo ludzi. Grupa Łotyszy wygląda na takich, co pobyt kończą. Ognisko dogasa, sterty bambetli leżą przy samochodach. Zagaduję do nich i się po rosyjsku dogadujemy. Za kwadrans odjeżdżają, my zajmiemy ich miejsce, nocleg oczywiście jest darmowy.

Wielu jest rosyjskojęzycznych Łotyszy. Ale do Putina ich nie ciągnie. Tu jest swoboda, tam w każdej chwili mogliby zostać wysłani z „pokojową misją stabilizacyjną” na Ukrainę albo do Syrii i do domu nawet w trumnie nie wrócić, tylko prochem obcą ziemię zasilić.

Startujemy na Irbe niedaleko ruin osiedla Irbene, opuszczonej sowieckiej bazy wojskowej w środku boru. Do dziś działa radioteleskop, przy którym ją wzniesiono. Jego czasza ma 32 metry średnicy, dokładnie tyle, co radioteleskopu w podtoruńskich Piwnicach.

Płyniemy Irbe tylko jeden dzień, ale rzeka jest niepowtarzalna. Wije się przez porośnięte lasem wydmy, podcinając je. Zaledwie kończy się jedno piaszczyste urwisko, na zakręcie ukazuje się kolejne. Wspaniale jest kąpać się na plażach u ich stóp. Na osuwiskach zalegają pnie drzew, którym nie powiodło się życie na krawędzi. Piasek zsuwa się wraz z człowiekiem podczas próby wspinaczki.

Dopiero ostatnie kilometry przed ujściem okazują się zwyczajne. Brzegi niskie, zabagnione, olchy, trzciny, pomost, niewielkie nabrzeże, przy nim szopa. Przez rzekę przeciągnięte liny z zestawami bloczków i podwiesi. Służyły zapewne do stawiania sieci.

Na koniec wypływamy na morze. Buja nieznacznie, ale powrót na przyboju wymaga uważności, żeby w rzekę między mieliznami trafić.

Rankiem chmury po niebie gnają ponad chwiejnymi czuprynami sosen. Wiatr szumi, morze mniej, bo wiatr wieje od lądu. Na namiocie siedzi zmierzchnica trupia główka. To ci gratka!
- Która godzina? - słychać pytanie z namiotu.
- Pewnie dziesiąta. Jak się spało?
- Bardzo dobrze. Obudziłeś mnie tym stwierdzeniem, że zostało tylko dwóch zawodników.

W ten sposób zawody, kto będzie najdłużej spał, wygrywa Michał.

Plażą wyruszamy w kierunku sąsiedniej osady Sikrags. Deszcz zaczyna padać wkrótce po naszym wymarszu. Wzdłuż strumienia Kikans idziemy w stronę mostku. Buty od nasączonych wodą mchów przemakają do cna, a spomiędzy drzew atakują nas chmary gzów. Gryzą na potęgę, nic sobie nie robią z opadów. Wioska Sikrags była, tak jak nieistniejące już niemal Lielirbe i inne osady nadmorskie, zamieszkała przez Liwów. Tylko tu, na tym zapomnianym wybrzeżu przetrwali. W czasach pierwszej niepodległej Łotwy wioski połączyła linia kolejowa, a ich mieszkańcy utrzymywali się z rybactwa. W czasach sowieckich uznano ich za kułaków, zabrano łodzie, zabroniono połowów. Liwowie pozbawieni źródła utrzymania w większości porzucili rodzinne ziemie, wyprowadzili do miast. Podczas niedawnego spisu ludności tylko 24 osoby podały język liwski jako swój język codzienny, a 200 zadeklarowało jako własną narodowość liwską. W Sikrags pozostały po nich luźno rozrzucone siedliska, użytkowane głównie latem, wychodzące naprzeciw falom resztki słupów pomostu, przy którym dawno temu cumowały łodzie i cmentarzyk pośrodku lasu.

Wracamy brzegiem, forsując rzeczkę Kikans w bród. Deszcz ustaje. Na biwaku zajadamy się jagodami (rosną na każdym kroku!) i kąpiemy w morzu. Od namiotów trzeba tylko przepłynąć wpław rzekę, wyjść na plażę (w czasie lęgów ptactwa wstęp na ten jej fragment, gdzie Irbe płynie równolegle do Bałtyku jest wzbroniony, ale jest już po okresie lęgowym) i już można wskoczyć w zaskakująco ciepłe fale.

O zachodzie w pobliżu ujścia na morzu sieci zarzuca samotny rybak. Słońce przez chmury rozsiewa aureolę promieni wokół niego, fale łódką miotają, a on na dziobie stoi, pewnie jak Chrystus.

Nad ogniem smażymy boczek nadziany na patyki.
- Zdrowia i w siebzie, i żeby nam gęby siuwarami nie zarośli! – wznosi toasty Mastal, człowiek z Warmii.
- Mogłabym tu być tydzień. To byłyby wczasy dla mnie – podsumowuje pobyt nad Irbe Alinka.

Powroty

Kajaki zamocowane na przyczepie. Wracamy.

Na przylądku Kolka obserwujemy interferujące fale nadbiegające od otwartego morza i Zatoki Ryskiej, zapamiętamy go jednak z powodu smrodku rozkładających się glonów, które zalegają plażę od strony zatoki.

Oglądamy Wielkie Torfowisko Kemeri, krainę niewielkich jeziorek na mokradłach, między nimi krępe sosenki pogięte niczym bonsai i puszysta wilgotna zieleń torfowców, bagna, moroszki i wrzosów. Kto się pochyli, znajdzie w niej bogactwo żurawiny i rosiczek. Tak musi być w Estonii, to zachęta do odwiedzin kraju, po którym jeszcze nie pływaliśmy.

Spacerujemy po Rydze, mieście wszelakich odmian secesji, czasem tylko jakiś gotyk się zdarzy. W kościele świętego Piotra odnajduję wielki świecznik z brązu, który od czasu II wojny światowej znajdował się we włocławskiej katedrze, porzucony przez Niemców, którzy z Rygi do Włocławka świecznik ewakuowali. Dopiero po odzyskaniu niepodległości przez Łotwę świecznik wrócił na miejsce, w którym znajdował się od zawsze. W mieście pełno akcentów proukraińskich, barw żółtych i niebieskich. Naprzeciwko ambasady rosyjskiej kompleks instalacji antywojennych. Wielka twarzoczaszka Putina szczerzy zęby w stronę okien ambasady z sąsiedniej elewacji. Przeczuwają tu, że jeżeli Ukraina przepadnie w wojnie, to następna będzie Pribałtyka. Łotewskie doświadczenie historii jest nieco inne od polskiego. Tu wróg jest tylko jeden, tu Wehrmacht był wyzwolicielem po zdeptaniu państwa przez Rosję i zamienieniu go w republikę sowiecką.

W sklepie Rimi kupujemy cukier. Mastal dwadzieścia kilo, Korzon dziesięć, my piętnaście. Z Polski dochodzą słuchy, że cukier bardzo podrożał, a w sklepach go brak.
- Zaraz w Rimi też będą puste półki, a w telewizji powiedzą, że polscy kajakarze wywołali kryzys i hiperinflację!

Łotwę żegnamy w pałacu w Rundale. To barok w najlepszym stylu, podźwignięty ze zniszczeń wyrządzonych w czasach sowieckich, gdy zrobiono z niego magazyn zboża. Był rezydencją ostatniego kurlandzkiego księcia Piotra Birona, a gdy ten zrzekł się swego władztwa na rzecz carycy Rosji, Katarzyna II darowała go swojemu kochankowi, a dawne księstwo zamieniła w gubernię. Alinka jest najbardziej zdziwiona tym, że niemal nigdy nie zamieszkiwali pałacu jego właściciele. Większość czasu spędzali na dworze w Petersburgu, więc po co był im tak ogromny pałac?

W przyziemiu mała wystawa poświecona jest podróżom Fanny Biron, a właściwie Francis von Bühren, z męża von Boyen, księżniczki kurlandzkiej. Nie wiadomo, jak podróżowała, co jadła, gdzie spała. Zachował się za to jej szkicownik, w którym rysowała i malowała to, co uznała za warte zapamiętania. Obrazki z Niemiec, Szwajcarii, Włoch. Dziś w tym celu robimy zdjęcia i nawet nie czekamy powrotu do domu, by podzielić się nimi ze znajomymi, ale natychmiast wrzucamy je na insta lub fejsa. Wszystko w czasie rzeczywistym, wszystko tu i teraz, ważne, nieważne, wszystko tak samo istotne, nie przepuszczone przez filtr czasu. W dawnych czasach treścią opowieści było to, co podróżnik zdołał zapamiętać, co czasem żmudnie naszkicował. Dziś stało się nią to, co w biegu sfotografował.

Prezes w drodze na spływ częstował wszystkich pudrówkami, małymi cukierkami z barwionego, prasowanego, sproszkowanego cukru. Kilka zostało mu na drogę powrotną. Jedząc je zastanawiamy się, po co tyle cukru jedzie z nami w lukach autobusu.

Po powrocie do kraju Leszek nie odpuszcza sprawy paszportu. Pisze oficjalne pismo do Latvijas Futbola federacija (Łotewskiego Związku Piłki Nożnej). We wrześniu, gdy sprawa została już zapomniana, do Leszka odzywa się człowiek. To on, to jego paszport! I bardzo dziękuje...

W grudniu we wrocławskim Muzeum Narodowym staję przed portretem Fanny Biron. Spod krętych czarnych loczków patrzą na mnie migdałowo wykrojone, ciemne oczy pewnej siebie uroczej damy, która większość swojego życia przeżyła na Śląsku i w Berlinie, pani na Sycowie, malarki, kobiety pewnie niezwyczajnej. Dwa piętra wyżej znajdę jeden z egzemplarzy książeczki wydanej w 1627 roku przez Bonawenturę i Abrahama Elzevierów. Książeczki, na okładce której wymieniona jest Liwonia.

Autor: Tomasz Andrzej Krajewski

Informacje praktyczne

Spływ zorganizowany przez Włocławski Klub Wodniaków PTTK odbył się w okresie od 17 do 30 lipca 2022 roku.

Opisy rzek w Internecie np. na stronie www.riverways.eu

Kilometraż szlaków

Abava: szlak łatwy (ZWB), nieuciążliwy (u 1), bardzo malowniczy (***).

84,0
Kandava, most
63,5
Drubazas, pole biwakowe
60,5
Sabile, most
55,0
Abavas Rumba, wodospad, obok pole biwakowe
49,5
Vegi, most
36,5
Avoti, wypożyczalnia kajaków, biwak
34,5
Renda, most, przed nim ujście rz. Ivande
10,0
najlepszy biwak nad Abavą (l)
4,5
klif Lejeju
0,0
ujście do Venty; 7 km w dół Venty jest ujście rz. Naba, którą można pod prąd podpłynąć około 1 km na jezioro Nabas, nad którym jest camping Nabite; kolejny odcinek rzeczki prowadzi na jez. Mazais Nabas

Irbe: szlak łatwy (ZWB), nieuciążliwy (u 1), bardzo malowniczy (***).

29,0
Irbene, miejsce wodowania; na trasie kilka pól biwakowych
5,0
Lielirbe, most drogi P124
0,0
ujście Irbe do Bałtyku, z p. rozległe pole biwakowe