Strona główna » Wiedza kajakowa » Wspomnienia kajakowe » 2

Niemen - Rzeka Obojga Narodów

Niemen - druga po Wiśle z polskich rzek, chociaż przez teren Polski nie płynie.

W uczonej do niedawna w szkołach piosence porównywało się wprawdzie Wisłę do Oki, co tak samo jest szeroka, ale to Niemen zaskarbił sobie szczególne miejsce w historyczno-kulturowej świadomości Polaków.

Wystarczy wspomnieć jeden z pierwszych wersów narodowej epopei, w którym tułacz wzdycha za zielonymi łąkami, rozciągnionymi szeroko nad błękitnym Niemnem, wystarczy pamiętać o toczącej się właśnie nad Niemnem akcji powieści Elizy Orzeszkowej czy o powstańcach styczniowych śpiewających: "Za Niemen hen precz..." Sforsowaniem Niemna zaczynała się wyprawa roku 1812, zwana wojną polską, z którą wielu wiązało nadzieje na odbudowę rozdartej rozbiorami ojczyzny, bitwą nad Niemnem w 1920 roku przypieczętowane zostało odrodzenie Polski.

Magiczna jest nazwa tej rzeki, która obecnie na żadnym odcinku z Polską się nie styka i nazwa ta nas skusiła. Wyruszałem mając zarazem świadomość wspólnej historii polsko-litewskiej jak i poczucie braku więzi ze współczesnymi mieszkańcami Litwy, skutecznie zerwanych przez lata nacjonalizmów, jechałem zmierzyć się z przeszłością i teraźniejszością.

Dwudziestoośmioosobową grupą złożoną z członków i sympatyków Włocławskiego Klubu Wodniaków i 115 Włocławskiej Drużyny Harcerskiej zajechaliśmy do Druskiennik, by stamtąd rozpocząć dwutygodniową wędrówkę do Kowna.

- Nemunas brudaskas - powiedziała Moja Żona, patrząc z mostu na rzekę, zielonkawą i nieprzezroczystą. Znajomi kajakarze warszawscy zwodzili mnie, że woda w Niemnie jest tak czysta, ze można ją pić. Rację miał jednak poznany nad Dunajcem Litwin Aleksas, odradzając spływ Niemnem właśnie z uwagi na niezadowalający stan jego czystości.

Druskienniki są najbardziej znanym uzdrowiskiem litewskim, popularnym w dawnej Polsce, odpoczywali tu m.in. Józef Piłsudski, Józef Kraszewski i Stanisław Moniuszko, ale mimo to ciążył nad nimi marazm. Mimo pełni sezonu ich ulice były pustawe i smętne. Dominujący nad uzdrowiskową XIX wieczną zabudową, betonowy, socrealistyczny w formie gmach instytutu fizykoterapii jątrzył niczym szpeciel na liściu. Obejrzeliśmy błękitnościenną cerkiew z 1865 roku, wzniesioną po upadku powstania styczniowego jako pomnik zwycięskiego w tym starciu caratu oraz kościół neogotycki, w którym odprawiają się msze w językach polskim i litewskim. Muzeum wybitnego litewskiego kompozytora i malarza Mikołaja Konstantego Čiurlionisa zastaliśmy zamknięte.

Po dwudniowym biwaku złożyliśmy kajaki i wyruszyliśmy na rzekę, oddzieloną od lasów na brzegach białymi bulwarami otoczaków, porośniętych kępami łączeni baldaszkowatych, między którymi przechadzają się mewy, kormorany, bociany i czaple. Wkrótce na lewym brzegu ruiną stołbu i kopułą świetnego dominikańskiego kościoła objawił się Liszków.

Niektórzy historycy uważają, że gród liszkowski, zwany w kronikach Nauenpille, był miejscem koronacji księcia litewskiego Mendoga na króla Litwy w 1253 roku. Mendog, pierwszy chrześcijański władca Litwy, nie wytrwał długo w nowej wierze i przed śmiercią dokonał apostazji. Oficjalny i skuteczny na tyle, że dziś większość Litwinów wyznaje chrześcijaństwo, chrzest nastąpił dopiero w wyniku unii w Krewie i wiąże się z Władysławem Jagiełłą. Widoczne do dziś pozostałości zamku pochodzą właśnie z jego czasów, gdyż wzniesiono go z inicjatywy Witolda, konkurującego przez całe życie o władzę nad Litwą ze swym królewskim krewniakiem, starającego się uczynić Litwę odrębnym królestwem, uważanego przez Litwinów za swego największego władcę.

Pierwszy etap zakończyliśmy w Mereczu, za ujściem uważanej przez wspomnianego już Aleksasa za najpiękniejszą na Litwie rzeki Mereczanki. W widłach obu rzek wznosi się kolejne grodzisko, górując nad żółtawymi domkami miasteczka. Warto się na nie wspiąć, by podziwiać łączące się rzeki i sięgające po horyzont lasy. Warto też odwiedzić kościół z bogato rozczłonkowanym szczytem fasady, przebudowany staraniem Władysława IV Wazy, który właśnie w Mereczu zmarł w 1648 roku i jako jeden z dwóch wspólnych polsko-litewskich władców został pochowany na Litwie - w wileńskiej katedrze.

Drugi etap spływu wiódł przez teren Dzukijskiego Parku Narodowego - największego z litewskich parków narodowych. Występują w nim podobno wilki, ale nie spotkaliśmy się z nimi. Widzieliśmy za to storczyki i wiele ciekawych owadów, w tym rzadkiego motyla pazia królowej. Zauważyłem go stojąc na wielkim głazie zwanym Didysis Dzukijos Akmuo, do którego udaliśmy się na wycieczkę pieszą z Niemenka, miejsca naszego kolejnego biwaku. Głaz ów był niegdyś ośrodkiem pogańskiego kultu, o czym świadczy ułożony dookoła wieniec mniejszych eratyków.

W przysiółku Lankos byłem z Mastalem po wodę pitną w ubogiej zagrodzie. Gospodarujący w niej dwaj mężczyźni umieli mówić po rosyjsku i ucięliśmy sobie z nimi pogawędkę, aczkolwiek obaj na początku rozgaworki zastrzegli, że znajomość tego języka zawdzięczają jedynie służbie w krasnoj armii. Żona jednego z nich w wojsku nie była i po rosyjsku nic nie rozumie. Młodszy z nich usłyszawszy, żeśmy Polacy, ze smutkiem stwierdził, że mimo wspólnej historii i tego, że jesteśmy sobie bliscy, we wzajemnych kontaktach posługiwać się musimy językiem nam obcym.

Biwak w Niemenku opuszczaliśmy z żalem. Powodem tego było pobliskie krystaliczne jeziorko, w którym w przeciwieństwie do Niemna z przyjemnością zażywać można było kąpieli.

Olita to największe miasto mijane na trasie spływu. Naprzeciw grodziska z wyrzezanymi w drewnie wojami - Litwini kultywują bowiem tradycję i każde miejsce dawnego grodu opatrzone jest tablicą ze stosownym wyjaśnieniem, w przeciwieństwie do Polski, gdzie jedynie specjalista po ukształtowaniu terenu miejsce dawniej zamieszkałe pozna - znajduje się nowoczesne centrum z metalowymi rzeźbami. Jedną z nich - rzeźbę Młodości - Jaunyste - uczyniłem symbolem spływu, wydrukowanym na koszulkach i wklejkach.

Starsze rzeźby, związane ze spolszczoną w trakcie wieloletniej wspólnej państwowości szlachtą litewską, tego samego dnia spotkaliśmy na cmentarzu w Rumbowiczach, w pobliżu kolejnego naszego obozowiska. Były to nagrobki, zwłaszcza dwa zwróciły mą uwagę: Józefy Korewianki z alabastrową, romantyczną figurą dziewczyny i Jerzego Ponganis z atrybutami jego gospodarstwa, umieszczonymi poniżej postaci rolnika niczym panoplia na sarkofagu rycerza. Jak głosi napis, pomnik ów w 1883 roku wystawiły mu "wdzięczne dzieci".

Cmentarz rumbowicki znajduje się przy drewnianym klasycystycznym kościele o kolumnowym portyku, ufundowanym przez sędziego sądu apelacyjnego w Warszawie Szymona Wiśniewskiego. W kolumnach uczyniły swe gniazda mrówki. Owad gospodarny snuł się wokół nich ruchawy i czarny, tak gęsto, że zrozumieć można było, patrząc, sens wyrazu "mrowienie".

W Rumbowiczach podziwialiśmy z kurhanu na skraju wsi zachód słońca nad polami. Rolnicza i sielska jawiła się ich okolica.

Z kolejnym wznoszącym się nad Niemnem oraz sięgającym horyzontu puńskim borem grodziskiem, położonym na skraju wsi Punie, wiąże się podanie relacjonujące wydarzenia roku 1336. Dowodzący obroną oblężonego przez Krzyżaków zamku Margiris, widząc beznadziejność sytuacji, kazał wybić szukających schronienia w fortecy ludzi, sam zabił żonę i dzieci, po czym wraz z żołnierzami spalił się na stosie. Grodzisko zwane jest dlatego Grobem Margiera (Margirio Kapu). Przerażające i jakby znajome z Orientu jest tak pojęte litewskie umiłowanie wolności.

Na biwaku naprzeciw malowniczych urwisk Siponiu atodanga spotkaliśmy się jedyny raz z litewskimi turystami (oprócz tego minęliśmy tylko dwa spływy z Polski). Litwini przypłynęli pontonem na pijaństwo i balangę jak to co tydzień latem czynią. Po nocnych krzykach i kłótni, która miała miejsce wewnątrz grupy litewskiej, przy udziale dwóch naszych przedstawicieli wywiązał się wieczór przyjaźni obu narodów. Litwinki nad ranem podobno pięknie śpiewały na głosy, ale tego nie słyszałem.

Tak się złożyło, że właśnie po tej niespokojnej nocy wypadł nam najdłuższy etap. W lipcowym skwarze pokonaliśmy około 50 kilometrów, gdyż za Prenami okazało się, że zaczyna się cofka zaporowego jeziora przed Kownem i brzegi przez kilkanaście kilometrów są muliste, bagniste, niedostępne. Zatrzymaliśmy się przed zmrokiem na łączce we wsi Julijanava. Uczyniliśmy to na zasadzie faktów dokonanych. Gospodyni i jak mniemam, właścicielka łączki, starsza kobieta, nie potrafiła ani słowa po rosyjsku, nie znała nawet wyrazu "pałatka", zaś język litewski dla Polaka jest całkowicie niezrozumiały. W dobie europejskiej integracji pochylmy czoła przed wzajemną tolerancją i wyrozumiałością panów polskich i litewskich dokonujących przed wiekami aktów kolejnych unii między dwoma narodami o tak różnej kulturze i będącym jej wytworem języku. Faktem jest, że podczas rozmowy z nią czułem się trochę jak doktor Livingstone w spotkaniu z nieznanym plemieniem w Afryce. Wieczorem przyniosła nam jednak wody w wiadrze, pokazując na migi, że woda w rzece jest brudna Rozpromieniła się, gdy usłyszała od nas litewskie "Ačiu" w podzięce i "Labanakt" na dobranoc. To jeden z nielicznych zwrotów, w którym doszukać się można przynależności języka litewskiego do indoeuropejskiej rodziny językowej.

- Związek Radziecki to był prawdziwy kolos na słomianych nogach. Przez pięćdziesiąt lat nie potrafili nauczyć jednej kobiety mówić po rosyjsku. Nic dziwnego, że się rozpadł - podsumował nasz nocleg u babci Mastal.

Z kolejnego biwaku przy rybaczówce naprzeciw Darsuniszek wybraliśmy się częścią grupy na zwiedzanie miniętych bez wysiadania z kajaków Pren i Birsztan.

W drewnianym barokowym kościele w Prenach, swym kształtem dwuwieżowej trójnawowej bazyliki z transeptem powielającym wzory architektury murowanej tego okresu, odbywało się nabożeństwo pogrzebowe. Po jego zakończeniu żałobnicy wyszli przed świątynię i dzierżąc zdobione na biało wieńce utworzyli szpaler między portalem a karawanem. Sześciu mężczyzn poprzedzanych przez kobietę w czerni niosącą portret zmarłego poniosło tym szpalerem trumnę w ostatnią drogę.

Po obejrzeniu kościoła wychodziliśmy, gdy dogonił nas ksiądz i wszczął rozmowę. Rozumiał po polsku, mówił jednakże po rosyjsku. Opowiadał o historii świątyni i o własnym życiu - życiu księdza w komunistycznym do niedawna państwie.

- Mieszkanie Boga jest wieczne, no klebonas nie - powiedział, pokazując zdjęcie z czasów seminarium, na którym był jeszcze młodzieńcem, wskazując ściany, które przetrwały burze dwóch kolejnych wojen, choć otaczające je domy spłonęły.

Birsztany to kolejne z nadniemeńskich uzdrowisk litewskich, położone w przesmyku wiodącym na łopatę zakola rzeki. Płynąc mija się je dwukrotnie po pokonaniu szesnastu kilometrów, choć w linii prostej punkty, przez które się przepływa, odległe są ledwie o dwa kilometry. Uzdrowisko to było senne i bez życia. Spotkana na ulicy Polka powiedziała, że oprócz sanatoriów nic tu nie ma. Jeśli ktoś chciał odpocząć, to trafił dobrze, jeśli zabawić się, to w Birsztanach tego nie zrobi. Rzeczywiście, nie mieliśmy nawet gdzie zjeść normalnego obiadu. W końcu w cuchnącym skwaśniałym piwem barze zjedliśmy szaszłyki. Prezes zażyczył sobie gicz cielęcą, nadzieję mając na golonkę. Dostał jednakże tę część nogi, z której robi się zwykle zimne nóżki, z kopytkiem, tyle, że ugotowaną. Zwłaszcza Ilona była zawiedziona, że zamiast smakołyków w rodzaju cepelinów, blinów czy kołdunów, z których słynie litewska kuchnia, musiała się zadowolić daniem z mikrofali.

Za Darsuniszkami wpłynęliśmy już na prawdziwe Kauno Marios - Morze Kowieńskie. Miało niski poziom wody. Przy miejscu w sosnowym lesie naprzeciwko Rumszyszek, znanych z rozległego parku etnograficznego, w którym rozstawiliśmy na noc namioty, od jej lustra dzieliła nas kilkunastometrowa plaża pokryta gnijącymi wodorostami i pełna rozbitych butelek. Częsty to obrazek na Litwie, niestety podobnie jak i w naszym kraju, że śmieci i brudy wyrzuca się do rzeki.

Zakończyliśmy spływ w Kownie na zalesionym sosenkami cyplu w jachtklubie. Zgłosiliśmy nasze przybycie do bosmana, pytając, czy trzeba uiścić jakąś opłatę i niosąc suwenira w postaci spływowej koszulki. Wyszedł przed swój kantor, wskazał na lasek i spytał się, czy widzimy namioty. Odpowiedziałem, że nie. To po co płacić?

- Mniej mówisz, dalej zajdziesz, takie są zasady ekonomii - skwitował na pożegnanie.

Przy zaporze piętrzącej Niemen w jezioro wznosi się dawny zespół klasztorny kamedułów w Pożajściu. Majestatyczny kościół, o zdobnym w stiuki i polichromię wnętrzu, był onegdaj jedną z największych i najkraśniejszych świątyń Rzeczypospolitej. Wznieśli go m.in. na swoje mauzoleum Pacowie, znana rodzina magnacka, której zawdzięcza się też ufundowanie najpiękniejszego z kościołów litewskich - na wileńskim Antokolu. Jego fundator, hetman Michał Kazimierz Pac, po swym burzliwym życiu, nierzadko ocierającym się o warcholstwo i zdradę, na swym grobie kazał wyryć słowa: Hic iacet peccator (Tu leży grzesznik). Czyż nie polskie jest takie zachowanie?

- Myślałam, że na Litwie nikt nie mieszka. Dopiero w Kownie okazało się, że jest inaczej - powiedziała Moja Żona na głównym deptaku drugiego co do wielkości litewskiego miasta. Góruje nad nim monumentalny kościół garnizonowy, dawna cerkiew. Zwiedziliśmy Muzeum Diabłów (Velniu Muziejus), diabelnie capiące, z figurkami diabłów z wielu kultur, raczej pociesznymi i zabawnymi niż przerażającymi i strasznymi. Zaszliśmy na starówkę o ciekawej, acz raczej małomiasteczkowej zabudowie, z miejscami związanymi z pobytem Adama Mickiewicza, wieszcza Obojga Narodów i charakterystycznym ratuszem, mieszczącym obecnie pałac ślubów. A co obecnie jest w Kownie w modzie po ślubie, dowiedziałem się wieczorem ostatniego dnia naszego pobytu.

Stałem patrząc na falujące jezioro, gdy podszedł do mnie mężczyzna i nawiązał po polsku rozmowę. Miał na imię Roman, po litewsku - Romualdas. Kapitan słodkich wód, wożący chętnych, ostatnio często nowożeńców, łodzią po jeziorze. Dwadzieścia lat temu był nawet w Polsce, u krewnych w Bydgoszczy.

Wraz z Prezesem, Iloną i Jerzym skorzystaliśmy z zaproszenia i wylądowaliśmy na jachcie "kapitana". Na stole pojawił się bimber pozostały po ostatnich weselnikach, a w rękach gospodarza akordeon.

Kapitonas Romualdas języka polskiego nauczył się dzięki polskiej telewizji, która była odbierana na Litwie i w stosunku do przepełnionych indoktrynacją radzieckich mediów była oknem na świat. Wszyscy ją oglądali, poczynając od "Bolka i Lolka" przez "Czterech tankistów i psa" po czarno-białe filmy amerykańskie. Obecnie polskiej telewizji na Litwie odbierać nie można, gdyż Polacy żądali zbyt wysokich opłat za zagraniczne transmisje. Romualdas miał o to do nas, Polaków, żal. Mimo wkraczania do wspólnej Europy nasze drogi wciąż się oddalają.

Czy możemy więc zasadnie mówić o tym, że Niemen wciąż jest wspólną rzeką Obojga Narodów, która łączy a nie dzieli? Może jest, wszak przepływa przez Białoruś i Litwę. Nie myślałem o tym wówczas.

Piliśmy z jednego kieliszka, każdy po kolei przepijał do sąsiada, za przykładem gospodarza mówiąc: - I sveikatą!

Celem wędrówki jest osiągnięcie określonego punktu, pokonanie określonej trasy. Celem podróży jest zdobywanie i pogłębianie wiedzy o świecie, ludziach, o nas samych. Dopływając do Kowna osiągnęliśmy cel wędrówki. Czy jednak nasz spływ można też byłoby nazwać podróżą?

Informacje praktyczne

Szlak łatwy ZWB - ZWA, nieuciążliwy, malowniczy. Rzeka szerokości 100 - 200 metrów z kamienistymi przemiałami, w większości wiedzie przez lasy. Od Birsztan zaczyna się cofka jeziora zaporowego.

Sklepy przy rzece zaopatrzone dość dobrze, zwłaszcza w podstawowe produkty żywnościowe: chleb, mleko, wódka, piwo etc. Ceny podobne do polskich. Biwakować można zasadniczo w każdym nadającym się do tego miejscu, aczkolwiek znalezienie biwaku dla większej grupy wymaga zwykle godziny czasu.

Niemen (Nemunas) - skrócony kilometraż

0,0
Lipliunai - granica z Białorusią
8,5
(l) ujście rz. Avire, leśniczówka, można przy niej zabiwakować i zacząć spływ
11,0
(p) Druskininkai (Druskienniki), most drogowy, w informacji turystycznej na głównej ulicy można nabyć dokładne mapy regionu
18,0
(l) Liškiava (Liszków)
39,0
(p) ujście rz. Merkys (Mereczanki), most, m. Merkine (Merecz)
74,0
(p) Nemunaitis (Niemenek)
91,0
(l) Alytus, most na drodze 128
96,0
(l,p) Alytus (Olita), most
106,0
(l) Rumbonys (Rumbowicze)
113,5
(p) Punia
128,0
(p) Siponiu atodanga
153,0
(p) Birštonas
160,5
(l,p) Prienai (Preny), most
169,5
(p) Birštonas (Birsztany)
179,0
(l) Alksniakiemis (p) Julijanava - na prawym brzegu pierwsze od Pren dogodne miejsce biwakowe
196,0
(p) Darsuniškis
210,5
(l) Arlaviškes, (p) elektrownia szczytowo - pompowa, początek Kauno Marios (Morza Kowieńskiego - powierzchnia 64 km2)
219,5
(p) Rumšiškes (Rumszyszki)
233,5
(p) Kaunas (Kowno) Pożajście, kościół i klasztor kamedułów, zapora wodna, przed nią port jachtowy, gdzie na cyplu w sosnowym lasku można zabiwakować i zakończyć spływ - dogodny dojazd autobusem do brzegu

Autor: Tomasz Andrzej Krajewski