Strona główna » Wiedza kajakowa » Artykuły kajakowe » 7

MORS - spływ wielkich możliwości

Szosa ucieka równomiernie, mijają minuty i kilometry. Nudna ta jazda autostradą, monotonna. Początkowo rozmowni, im dalej od domu, tym częściej milkniemy. Ściemnia się, Bartek przysypia, po czym wybudza się nagle. Nie spać, zwiedzać, mruczy do siebie.

Jedziemy samochodem z kajakami na spływ. Czułbym się nieswojo, gdybym choć raz w roku nie pojechał z Bartkiem na taką wyprawę, na którą poza nami nikt się z Włocławka nie zdecydował. Tym razem wieziemy jednak trzy kajaki. Jeden z nich jest dla Kaśki, która wkrótce do nas dołączy.

W Żaganiu kwaterujemy się w hotelu Villa Park. Organizatorzy Morsa zrezygnowali z zimnych cel domu turysty PTTK w dawnym klasztorze augustianów, tym razem noclegi są w ciepłych pokojach z łazienkami, po prostu luksus. Gdzie te czasy, gdy się spało – jak to dawniej bywało na zimowej Brdzie - na szkolnej sali na materacu i o siódmej woźna wyganiała wszystkich spływowiczów, bo zaraz dzieci na lekcje przyjdą! Czasy te minęły. Jest… inaczej!

Kwisa

W czwartek rano dociera do nas Kasia i wraz z nią jedziemy do Osieczowa. Tu przy moście ruszamy, we troje, bo właściwa impreza zaczyna się dopiero jutro. Przyjechaliśmy dzień wcześniej, by spłynąć krótki odcinek Kwisy, którego dotąd nie znaliśmy, a także by pokonać Diablą Tamę. Jest to miejsce w pobliżu Osiecznicy, w którym Kwisa przepływa przez wąską skalną bramę, tworząc kaskadowy wodospad. Zgodnie z legendą tutejszy młynarz zaprzedał duszę diabłu, lecz gdy przyszło do jej oddania, paktu nie dotrzymał i ukrył się w klasztorze w Bolesławcu. W zemście szatańską mocą młyn został wrzucony do rzeki i tak powstała sławetna tama. Widzieliśmy ją już z Bartkiem w 1998 roku podczas naszej poprzedniej bytności na Kwisie, lecz obnieśliśmy. Wody nie było wtedy wiele, a jeden ciasny zakręt wśród kamieni budził obawę, że w razie zaklinowania połamiemy tam nasze laminatowe kajaki. Tym razem wody jest dość, o kajaki z polietylenu nie mamy powodu się obawiać, a i umiejętności pewnie mamy większe. Po rozeznaniu z brzegu spływamy z Bartkiem po kolei, woda skacze wśród wielkich głazów, ściśnięta po bokach przez skały, tylko jeden odwój przez chwilę trzyma. Kilkadziesiąt sekund i Diabla Tama jest wzięta!

Płynąc między dwiema elektrowniami w Kliczkowie wśród drzew zauważam wieże pałacu, obecnie ekskluzywnego hotelu. Ciekawostką jest założony w XIX wieku w parku cmentarz dla koni ówczesnego pana na Kliczkowie Fryderyka zu Solms-Baruth. Nie mamy niestety czasu na ciekawostki.

Wspominamy Kasi, jak to w Kliczkowie przed osiemnastu laty zamierzaliśmy zakończyć spływ przy drugim moście. Mieli tam po nas dojechać Prezes z Korzonem, lecz nie dojechali, bo jak się okazało, drugi most istniał jedynie na mapie. O tym, że drugiego mostu nie ma, dowiedzieliśmy się, ujrzawszy nazwę Przejęsław. Co zrobić, rower pożyczyć czy też pieszo wracać do Kliczkowa? Rozważania nasze przerwał warkot nadjeżdżającego poloneza. Było to jeszcze przed epoką telefonów komórkowych. Zamiast nich ludzie używali szarych komórek. Nasi koledzy przyjechali po nas, zanim w górę rzeki wyruszyliśmy.

Za Przejęsławiem zaczyna się odcinek nam nieznany. Ładna jest tu Kwisa, płynie wartko przez Bory Dolnośląskie wśród okazałych sosen i dębów, odkłada na zakolach żwirowate plaże. Szkoda, że w ten raczej pochmurny, ponury dzień wszystko jest bure. Tylko za Luboszowem słoneczne promienie przedzierają się ku nam i świat nabiera takich barw, że chwilę tą chcę zatrzymać! Chmury jednak zakrywają słońce, zanim wyjmuję aparat.

Jest kilka elektrowni i sztucznych progów, które najczęściej obnosimy. Pogoda nie nastraja do podejmowania ryzyka.

Spływ kończymy przy elektrowni w Świętoszowie. Kolega z Żar podrzuca mnie po zostawiony pod sklepem w Osieczowie samochód i wracamy do Żagania, gdzie zbierają się już spływowicze. Dziękujemy Ci, Olku, za pomoc!

Bóbr

Geneza spływu kajakowego znanego obecnie pod nazwą „Mors” sięga roku 1995. Inicjatorem zimowego pływania w tych okolicach był Darek Światłowski z zielonogórskiego PTTK. Inspirowany spływami zimowymi odbywającymi się w innych częściach Polski już od lat sześćdziesiątych, w marcu owego roku zorganizował Pierwszy Lubuski Zimowy Spływ Kajakowy na Obrze. Wzięło w nim udział 11 osób. W roku następnym impreza odbyła się na rzece Śląska Ochla, zaś w roku 1997 na Bobrze na odcinku z Żagania do Krzywańca. Był to ważny rok: krótko przedtem Darek wraz z grupą przyjaciół założył Lubuski Klub Kajakowy Pliszka, w organizację imprezy włączył się żagański Klub Wodny PTTK Szron (odtąd te dwa kluby ją współorganizują), spływ został opatrzony przymiotnikiem ogólnopolski a liczba jego uczestników przekroczyła pięćdziesiątkę. Rok później pojawiła się nazwa „Mors”. Spływ odbywał się odtąd na Bobrze, choć w pobliżu Żagania płyną też inne rzeki: Kwisa i Czerna. Począwszy od 2009 roku zaczęto także z nich korzystać, dzięki czemu impreza stała się znacznie bardziej urozmaicona; te trzy rzeki różnią się między sobą wielkością i charakterem, więc każdy dzień jest inny.

Rano na placu przed hotelem komandor spływu Sławek Kaczanowski – pełni tę funkcję od śmierci Darka Światłowskiego - dokonuje jego uroczystego otwarcia, Ryszard Dyrkacz z żagańskiego Szronu wręcza zdobyte w ostatnim okresie przez miejscowych wodniaków odznaki kajakowe i wyruszamy. Maszerujemy na start, objuczeni kajakowym rynsztunkiem: wiosłami, kamizelkami, wodoszczelnymi workami, przez całe miasto, a ludzie się za nami oglądają.

Żagań to dawna stolica księstwa, którego początki sięgają średniowiecza. Widomym znakiem książęcej przeszłości jest monumentalny pałac. Wzniesiono go w XVII wieku na planie podkowy, wykorzystując częściowo mury rezydencji wznoszonej wcześniej w tym miejscu na rozkaz sławnego cesarskiego wodza z czasów wojny trzydziestoletniej Albrechta Wallensteina. Znakiem szczególnym pałacu są zdobiące gzymsy maszkarony. Według legendy twórca tych karykaturalnie powykrzywianych twarzy zawarł pakt z diabłem, oddając duszę w zamian za pomoc przy ich wykonywaniu. Rzeźbiąc ostatnią, sto czterdziestą z rzędu, przedstawiającą oblicze samego szatana, przeraził się i rzucił z rusztowania, ginąc na miejscu.

Żagań to także kościoły, z najpotężniejszym z nich, poaugustiańskim, na czele. Zespół poaugustiański wznosi się niedaleko Bobru. Najciekawszą jego częścią jest klasztorna biblioteka, która od XV wieku była centrum kultury i nauki o znaczeniu wykraczającym poza granice księstwa. Choć większość księgozbioru średniowiecznego już w XIX wieku przeniesiono do Wrocławia, to pod jej sklepieniem zdobnym freskami Wilhelma Neunhertza do dziś można oglądać liczne starodruki a także dwa siedemnastowieczne globusy.

Przez wiele lat w znajdującym się w poklasztornych celach domu turysty PTTK nocowali uczestnicy spływu Mors. Tu właśnie poznaliśmy się z Kasią przed kilku laty. Leżeliśmy z Bartkiem przykryci wszystkim, czym się dało, w wymrożonych potężnie łóżkach, buchając na pokój z ust parą i zastanawiając się, czemu ktoś zdemontował kaloryfery, po których pozostały tylko rury. Wtem wparowały dwie kobitki i oznajmiły, że ten pokój jest ich. Nieprawda, bo to my w nim śpimy – wyjaśnił Bartek i wysłał je do celi sąsiedniej. A one grzecznie poszły. Kasia była jedną z nich.

Schodzimy na wodę poniżej elektrowni. Bóbr to duża rzeka, na wędrowny kajak a nie na małe górskie „kapcie”, jakie mamy ze sobą. Jedynie przenoski przy zaporach w Gryżycach i Gorzupi przerywają monotonię wiosłowania. No i organizatorzy dbają o nasze dobre samopoczucie: w Gryżycach serwują bułeczkę i kotlecika, w Nowogrodzie Bobrzańskim na mecie etapu jest gorąca zupka, a na kwaterze w Żaganiu czeka jeszcze obiadokolacja.

Brzeźnica

W Nowogrodzie Bobrzańskim z prawej strony do Bobru uchodzi niewielka rzeczka Brzeźnica, zwana też czasem Brzeźniczanką. Po raz pierwszy na Morsie byłem w roku 1999. Spływ odbywał się wówczas wyłącznie Bobrem, z Małomic do Krzywańca. Nocleg wypadł mi z Krzysztofem Dropem, drągalem o głębokim jak studnia głosie, który zaproponował, by zamiast ostatniego z etapów na Bobrze popłynąć właśnie Brzeźnicą.

Brzeźnica, a, to jest rzeka! – twierdził kolega Drop.

Dałem się skusić. Piotr, z którym wówczas na Morsa przyjechałem, zawiózł mnie rankiem wraz z kajakiem na most w miejscowości Brzeźnica. Było chłodno, reszta grupki, która zdecydowała się na trasę alternatywną, nie docierała. Zostawiłem wiadomość na moście i popłynąłem sam; przed nami tego dnia była przecież jeszcze daleka droga powrotna do Włocławka. Rzeczka była przemiła. Wartko płynęła przez porastający zbocza wąwozu dębowy las, zamarły jeszcze po zimie. Zwalone drzewa leżały gęsto, kilkakroć wysiadałem na zawaliskach, których nie dałem rady inaczej pokonać. Dwa progi spłynąłem, pochylnię za Drągowiną obniosłem, bo mało było na niej wody, podobnie w Nowogrodzie obniosłem rozmyty jaz, gdyż utworzone na jego rozwaliskach bystrze wpadało w gęstą palisadę kołków. Na Bóbr wypłynąłem po czterech godzinach spokojnego płynięcia i spotkałem z Piotrem, który dopłynął tu wraz z główną spływową grupą; była tu meta spływu. Zdążyliśmy przebrać się, kajaki na samochód załadować i wyjechać w stronę domu, a podążający za mną Brzeźnicą kajakarze wciąż jeszcze nie dotarli.

Czerna Mała

Kolejny dzień to kolejne rzeki: Czerna Mała i Czerna Wielka.

Jadąc na start zatrzymujemy się przy zrekonstruowanym drewnianym baraku. W czasie II wojny światowej znajdował się tu Stalag Luft III, jeden z kilku obozów jenieckich znajdujących się w okolicy Żagania. Osadzeni w nim oficerowie RAF wykonali 110-metrowy podkop i nim z obozu uciekli. Spośród 76 uciekinierów tylko trzem udało się dotrzeć do Anglii. Pozostałych Niemcy schwytali, z czego 50 na osobisty rozkaz Hitlera zostało rozstrzelanych. Owa „wielka ucieczka” doczekała się po wojnie kinowej ekranizacji; w pobliżu wspomnianego baraku można obejrzeć makietę tunelu ucieczkowego.

Kolejny postój jest w Iłowej. Prowadzeni przez lokalnego krajoznawcę przechodzimy obok pałacu będącego w obecnym kształcie mieszaniną stylów od renesansu po secesję, mieszczącego obecnie szkołę, przez park, w którym niektóre drzewa mają po 400 lat. Najpiękniej jest tu wiosną i latem, gdy kwitną rododendrony i róże; w marcu park sprawia wrażenie zaniedbanego. Korzystamy jeszcze z przekąski przygotowanej dla nas w miejscowym domu kultury i startujemy.

Czerna Mała jak sama nazwa wskazuje nie jest duża. Na początek doświadczenie dość niecodzienne: rzeką podzieloną na odnogi można opłynąć dookoła cały pałac. Za parkiem zaczynają się łąki, samotne drzewa, pojedyncze zabudowania. Co pewien czas szumem zwiastują swą obecność sztuczne progi. Są rozmyte, niezbyt wysokie i z marszu spływalne. Ci, co już spłynęli, wiosłem wskazują drogę płynięcia. Za ostatnim z progów z prawej zauważam niewielki dopływ zza krzaka. To Czerna Wielka!

Czerna Wielka

Czerna Wielka jest dostępna dla kajaka na długości ponad 40 kilometrów. W ramach Morsa popłynąć można ją nieco krócej - od Kowalic. Płynąłem już stamtąd przed kilku laty. Powyżej połączenia rzek jest parę zwałek i jeden metrowy jaz, który można spłynąć. „Grupę twardzieli” prowadzi stamtąd jak co roku Olek Czerwonajcio. My wybraliśmy na początek etapu Czerną Małą, bo jeszcze tą rzeczką nie płynęliśmy.

Od połączenia cieków płyniemy już Czerną Wielką. To jedna z najładniejszych rzek w regionie. Wystarczy rozejrzeć się dookoła, by się o tym przekonać. Dęby, świerki, sosny. Ostre meandry, zwalone drzewa w nurcie, ale bez konieczności obnosek. Szkoda tylko, że słońca nie ma. Gdyby wyjrzało, byłoby cudnie! Żeby chociaż leżał śnieg… Jakby tak w maju przyjechać… A teraz nie ma nawet przylaszczek.

Za mostem autostradowym rzekę przegradza palisada kołków. Osadziły się na niej pnie i gałęzie, podpiętrzając rzekę. Można przepłynąć tylko dwóch miejscach, wolnych od zatorów, ale trzeba to zrobić zdecydowanie. Kasia płynie stosując się do reguły: rzeka wie najlepiej, dokąd mnie zanieść. Nie jest to tym razem dobra taktyka. Nie trafia we właściwy przesmyk, lecz tuż obok. Dziób wskakuje na kłodę, woda zatapia rufę i kajak Kasi staje skośnie w pionie, a ona nic nie może już zrobić. Zepchnąć się nie daje rady. Jeśli zdejmie fartuch, zatonie. Woda napiera jej na plecy. Dobrze, że fartuch jest porządny, neoprenowy i nie puszcza. Siedź, Kasia, Bartek do ciebie idzie! Bartek wskakuje do wody po kolana, na chwilę nawet po pas i przerzuca kajak wraz z załogantką we właściwe koryto. Kasia jest uratowana, a Bartek? Dobrze, że ma na sobie suche ubranie. Gdyby miał inne, przemarzłby parszywie, a tak nie jest nawet mokry.

Ale możesz mi coś dać na rozgrzewkę!

Kolejne trudniejsze miejsce jest w Czernej. Przed czterema laty było tu silne strome bystrze. Woda jest niższa i widzimy, co kryło się pod nim: kamienisty próg, z początku pochyły i płytki, urywający się półmetrowa zerwą do odwoju. Należy się rozpędzić. Kasia napływa wolno, utyka na pochyłości tuż przed pionowym uskokiem i kajak staje równolegle do przelewu. Widzę już oczyma wyobraźni, jak spada bokiem w odwój. Ale oczy te zawodzą; nurt odkręca kajak z powrotem, Kasia spływa próg przodem, a odwój nie jest silny i gładko ją wypluwa. W czepku jest Kaśka urodzona, to już wiem od tego dnia.

W Żagańcu przenosimy się przy elektrowni wodnej, w Żaganiu spływamy kilka płytkich bystrz oraz nieznacznych prożków i kończymy spływ na stanicy wodnej Klubu Wodnego Szron akurat w momencie, gdy kończy się przyjemność pływania a zaczyna doskwierać kość ogonowa i drętwieją nogi. Są też tu na stanowisku panie Asia, Ela i Maria, dobre dusze o zmarzniętych i wygłodniałych kajakarzy dbające. Serwują bigos. Jakże on na koniec dżdżystego etapu smakuje!

Dzień kończy się wieczorem komandorskim. Cóż można o nim opowiedzieć? Każdy przeżył go, jak umiał; mój był przesympatyczny.

Kwisa i Bóbr

Ostatni dzień spływu to Kwisa i Bóbr, odcinek z Łozów, położonych trzy kilometry i dwie przenoski za Świętoszowem, do Żagania. Główną atrakcją tego dnia jest próg w Trzebowie. Kwisa w tym miejscu to już spora rzeka, więc jest to wyzwanie, z którym nie każdy się mierzy. My jednak musimy wracać. Z domu nadeszły alarmujące wieści: choroba rozłożyła całą rodzinę. Siąpi drobny zimny deszczyk, by ułatwić nam podjęcie decyzji. Żegnamy się z szykującymi się na wodę, zostającymi do końca kajakarzami, lecz tylko na czas jakiś. Bo przecież na Morsa jeszcze przyjedziemy!

Informacje praktyczne

Ogólnopolski Zimowy Spływ Kajakowy MORS odbywa się co roku w połowie marca. Organizują go Lubuski Klub Kajakowy PTTK Pliszka z Zielonej Góry i Klub Wodny PTTK Szron z Żagania. W ramach spływu są trzy dni pływania: ostatnio Bobrem z Żagania do Nowogrodu Bobrzańskiego (27 km), Czerną Wielką z Kowalic do Żagania (23 km) lub alternatywnie Czerną Małą i Czerną Wielką z Iłowej do Żagania (22 km) oraz Kwisą i Bobrem z Łoz do Żagania (23 km). Informacje o spływie w Internecie na stronie http://szronczerna.blogspot.com

Przyjeżdżając dzień wcześniej czy zostając dzień dłużej i korzystając z bazy w Żaganiu można też przepłynąć inne pobliskie rzeki:
- Kwisę z Osieczowa do Świętoszowa (27 km) lub do Łoz (30 km), na trasie wodospady Diablej Tamy (WW II - WW III zależnie od stanu wody) oraz kilka sztucznych progów i elektrowni
- Bóbr od Szprotawy do Żagania (23 km łatwej szerokiej wody, na trasie 2 sztuczne progi i zakład wodny)
- Brzeźnicę z Brzeźnicy do Nowogrodu Bobrzańskiego (15 km zwałkowej rzeczki)
- Czerną Wielką z Poświętnego do Kowalic (16 km zwałkowej rzeczki).

Autor: Tomasz Andrzej Krajewski